- Mamaaa - zagaił Bunio - a kim chcesz zostać jak dorośniesz?
- Własnie myślę...
Miało być o filmie o miłości, ale nie wiem.
Od wczoraj noszę w sobie te obrazy. Dziś rano wymknęłam się ukradkiem z sypialni i na paluszkach, czając się jak złodziej z kreskówki krokiem stwonoga sunęłam ku kuchni aby tam przelać swoje odczucia względem.
Zahaczyłam jednak połą szlafroka o cośtam cośtam, i choć odgłos nie był huczny, to czujne ucho nietoperza zaraz wyłowiło go spośród ciszy sobotniego poranka i przywiodło swoją resztę do kuchni z roszczeniami. Nie żeby zaraz śniadanie, nie, nie. Oko bystre nietoperza ujrzało mnie nad lapem i wyartykułowało natychmiast swoje najgorętsze pragnienie: Ja chcę grać na komputerku!
Cóż innego mogło powiedzieć oko! Nic. To jest instynkt. Gdyby nie on, mogłoby zapragnąć czegokolwiek: że chce jeść, pić, bawić, czytać, rysować etc. etc. Ale ono ujrzało mnie i komputer, dwa do dwóch dodało i już wiedziało, czego chce najbardziej: popsuć mi notkę o fimie o miłości.
Nie ukrywam, że mu się udało, bo choć wytłumaczyłam zwięźle, że teraz mamusia gra na komputerku, to nietoperz siedzi w przedpokoju na zimnej posadzce, łapie wilka i patrzy z wyrzutem. Ale nic. Spróbuję.
Widziałam wczoraj film, z tych co to, choć nic się w nich nie dzieje, hipnotyzują widza i nie dają szans na siku.
(Przeniósł się z podłogi na łóżko i szlocha).
Film był o miłości tym bardziej zakazanej, że rzecz działa się w środowisku ortodoksyjnych Żydów. I choć momenty były, to poza tym nuda, panie, straszna. Ale jaka piękna!
(Wyje).
Jasne błękity wnętrz i piaskowy beż plenerów wypieczętowane czarnymi sylwetkami mężczyzn w kapeluszach.
(Podszedł, nos czerwony, smarki wiszą, mówi "o nie" i zamyka mi klapę. Wyprowadziłam).
Jedynym kolorowym akcentem jest mięso, które w swym szarobłękitnym sklepie sprzedaje bezbarwnym kobietom główny bohater.
(Stoi w przedpokoju. Podpełza. Zamiary ma złe).
I jego miłość do chłopca, o którym mówią, że jest zgubą prawych mężów.
(Odszedł, choć nie na zawsze).
Zapytany dlaczego, odpowiedział że był martwy, teraz żyje.
(Wrócił, chlipie, siąka).
A potem umarł. Z miłości.
(Jest. Siedzi na moich kolanach).
Sprawdziłam potem, czy mam puls...
I gdy tak sobie stękam, koleżanki zapytują mnie, czy oglądam seriale o dzieciach, w które to obfituje ostatnio bogata oferta programowa TVP.
Otóż NIE. Nie oglądam, a jeśli czasem obejrzę niechcący (załóżmy, że się dpocham do telewizora) to czuję przygnębienie zamiast rozluźnienia i relaksu. Relaksu i rozluźnienia.
Tematyka przezabawnych perurbacji okołonastoletnich jakoś mnie przytłacza. Niby fajnie, fajnie, ale co za dużo, to nie zdrowo. W domu mam ten non stop reality show i jakoś nie tęsknię do jeszcze. Oraz czuję niemoc, indolencję i nieprzygotowanie. Jestem złom matkom. Ot co. A w dodatku nie ma we mnie silnego imperatywu poprawy tej sytuacji. Lepiej mi idzie z małymi dziećmi. Małe dzieci można w ostateczności powiesić za szeleczki i niech się sobie złoszczą, plują i wierzgają, aż się zesrają, jak ta, za przeproszeniem, przepióreczka. W tym tkwi właśnie tajemnica mojego sukcesu - nie pertraktuję z ryczącymi kilkulatkami. Nigdy.
Natomiast próba podniesienia na szeleczkach czternastolatka musi spalić na panewce z takiej oto prozaicznej przyczyny, że strasznie trudno jest zmusić młodzieńca, żeby założył spodenki na szelkach. W ogóle trudno jest go zmusić do czegokolwiek, co nie jest leżeniem na tapczanie w objęciach komputera. Komputer trzyma w kleszczach mocno, leżanka przyciąga, nie wiadomo co by musiało się wydarzyć, aby wykrzesać energię kinetyczną potrzebną do pokonania tej grawitacji.
Apropo wychowania przez podnoszenie przypomniała mi się sytuacja, kiedy to mój tata, Pan L., odprowadzał raz Aramaja do przedszkola. Aramaj już wówczas był twardą sztuką i miewał odmienną koncepcję. Takoż wtedy - nie wyraził zgody na pójście do przedszkola i manifestował to kładąc się na chodniku, co w wolnym tłumaczeniu miało oznaczać, że NIE (w zasadzie do dziś nic się w tej materii nie zmieniło, tyle tylko, że zamienił chodnik na tapczan). Zatem Pan L. zmuszony był nieść Aramaja ku placówce edukacyjnej trzymając go kopiącego i zacietrzewionego za rękawek kurteczki. Ach piękne to były czasy, gdy waga poniżej 20 kilogramów predystynowała dzieciątko do spacerowania bez dotykania nózkami ziemi! Pikanterii tej scence dodawał fakt, że Aramaj wrzeszczał przy tym "PUŚĆ MNIE, TY GNOJU!!!" Co ciekawe, miało się wrażenie słuchając relacji Pana L., że w jego głosie pobrzmiewa duma z wnuczka.
Cóż, czasem się zastanawiam, jak przebiega dziedziczenie cech charakteru i czy możliwa jest w tym względzie jakaś ekstra kumulacja?
Na przykład: wszystkie wady ojca i żadnej z zalet matki.
Lub odwrotnie: wszystkie wady matki i żadnej z zalet ojca.
Genetyka i ewolucja. I to wszystko u mnie na chacie.
Życie jest takie ciekawe!
Drogie UFO!
Zwracam się z uprzejmą prośbą, o oddanie mi mojego syna Aramaja.
Jakiś czas temu, około dwóch lat konkretnie, został on podmieniony na, jak sądzę, swojego awatara. W międzyczasie bywał zwracany przez Was na krótkie okresy czasu, niestety, coraz rzadziej i krótsze. Ostatnio nie oddajecie go wcale, a szkoda, bo jeszcze chwila i popsuję Wam tę idealną, kosztowną kopię mojego dziecka, która jednak z całą pewnością nim nie jest.
Serce matki - oto narząd, którego nie da się oszukać!
Podróbka na oko wygląda tak samo, ale w środku same śrubki i nakrętki. I to wszystko zgrzyta, rzęzi, iskrzy. Są przebicia na obudowę, uziemienie nie działa, lecą skry i brzydkie słowa, zdarzają się wyładowania elektryczne, hałasy i zniszczenia. Dymi. Włącza się alarm dźwiękowy i ryczy. Dogadać się nie można. Za to wkurwić się można.
Albo dobra, skoro jest Wam, drodzy Marsjanie, syn mój Aramaj niezbędnie potrzebny do eksperymentów, to niech chociaż ktoś z serwisu przyleci i naprawi tego tu, o, bo mu się tryb CUTE jakby wyłączył, wkręciła taśma i zacięła płyta. Wierzga kopytem, łbem rogatym trzęsie i powtarza NIE, NIE, NIE. Choćby Nergal!
Jestem już tym bardzo zmęczona, tymczasem właściciele innych awatarów mówią, że mogą się one popsuć jeszcze bardziej.
Mój Aramajek! Gdy był mały, był taki słodki, że można go było zjeśc!
Teraz czasem żałuję, że go nie zeżarłam.
Czasem człowiek zostaje w domu, by tam pełnić swe obowiązki biurowe pod kryptonimem "home office" .
Żeńska forma pracy zdalnej wygląda z grubsza tak: kobieta wstaje rano, przygotowuje dzieci do szkół/przedszkoli, ubiera, karmi, poi, odprowadza - wraca, i oto może oddać się bezgranicznie obowiązkom zawodowym.
Lub raczej mogłaby, gdyby nie była wadliwie skonstruowana. Gdyby potrafiła się skupić, SKONCENTROWAĆ. Ale nie potrafi. Rzecz to znana od zarania - już biblijna Ewa nie usiedziała w miejscu, lecz zwabiona sykiem węża, wzięła i zmarnowała życie ludzkości.
Ale wróćmy do naszej home biurwy. Siada zatem przed komputerem. Niby pracuje. Niby. Ale. Z kąta łypie na nią skarpetka (powiedzmy, że tym razem nie męska, POWIEDZMY), łypie, mruga natarczywie. I co? I kobietę natychmiast nachodzi przemożna chęć, aby nastawić pranie. Taki kaprys. Ulega i nastawia sobie (wcale nie musi, nikt jej pistoletem pod żebro nie bodzie) i wraca do pracy. Jednak w międzyczasie wpada jej do głowy, aby obrać kartofelki i nastawić rosół, wyjąć rzeczy ze zmywarki, wetknąć kolejną transzę, która już chyboce się w zlewie, zetrzeć ze stołu, pozbierać zabawki z podłogi, z podłóg, z MIESZKANIA, wyrzucić śmieci, bo upraszają się natarczywie od dni z górą trzech i tylko ona jedna swym prymitywnym instynktem, trzecim uchem, słyszy ich cienkie głosiki i zbacza ze ścieżki swej kariery, ku śmietnikowi. Rynku pracy, życia i historii.
W międzyczasie pralka pląsa wesolutko - to znak, że pranie się zrobiło. SIĘ. Dzieci wracają ze szkół - przedszkoli, niosą radość i śnieg na butach...
O 23, kiedy udaje jej się jako tako spacyfikować rozwierzganą trzódkę, muli coś godzinkę-dwie i idzie spać w przeświadczeniu, że gówno potrafi, że jest beznadziejna, a w teście na kreatywność z zastosowaniem gumki do wycierania, ale poza wycieraniem, potrafi odpowiedzieć jedynie, że można ją sobie wsadzić do nosa, bo wie, pamięta, że Ola Mrozek z trzeciej be tak zrobiła i musiała jechać z mamą na pogotowie…
Tymczasem męska forma home office zawiera się w dwóch w słowach:
TATA PRACUJE.
Prosta Recepta Pana Prezesa:
Skąd się biora dzieci? Stary cie, normalnie, wy...puczy.
(WYPUCZY! )
Cyklicznie zachodzący efekt kozy zapewnia mi niezmiennie dobre samopoczucie.
Kiedy brak mi kozy, jest bardzo źle. Muszę mieć źle. Jak nie mam, to sobie zaraz robię - w głowie. Taka osobowość - permanentny skręt kiszek, we łbie powkręcane krzywe filmy, schizy na dowolny temat, depresja. Życie męczy. Perspektywa zgonu nie cieszy. Melankolija i nostalgia, wilgotne oczy. Stare mury, pleśn, łopiany i deszcz. Zapach starych fotografii, jakieś grobowce, zetlałe koronki, dziurki po kornikach, paznokieć, guzik i włos. Zwierzoczłekoupiór.
Słowem im gorzej tym lepiej. A kiedy dobrze, to i tak wszystko źle. Niedobrze.
I gdy już stworzę sobie misterną iluzję, że jest naprawdę tak źle, że gorzej być nie może, to zaczynam się tym martwić na poważnie. Wtedy niebiosa zwykle zsyłają mi ratunek. Nie żeby zaraz wygraną w totoloto, spadek po bogatym krewnym, lukratywną posadę czy chociaż bezcenne oświecenie. Nie. Kozę właśnie. Kozę trzeźwiącą.
Koza wpadła przedwczoraj. Spłynęla na mnie tym razem pod postacią czeronego trójkąta z wykrzyknikiem i podpisem ENGINE MALFUNCTION w akompaniamencie natarczywego sygnału dźwiękowego EŁO-EŁO! Fokatomba! Afokalipsa!
Dzięki Ci, Kozo!
Bo kiedy komputer pana z komputerem wyświetlił informację, że to jakaś duperela po stówie za sztukę plus robocizna, byłam (przez moment!) naprawdę szczęsliwa!
Idea jednego zdania wydaje mi się jednak chybiona.
Chyba, że jest to zdanie "Dzwonić tylko w polskich sprawach", które wyczerpuje, moim zdaniem, temat.
Skorodowana nieróbstwem powzięłam żelazne blogopostanowienie: codziennie coś.
Cokkolwiek. Jedno zdanie. Jeśli tylko uda mi się dopchać do swojego kompka.
Bardzo mi przykro.
---
Szłam dziś przez cmentarz, ku szkole. Wolę cmantarze od szkół. Czułabym się znacznie poszkodowana, gdybym docelowo, miast w czyśćcu, miała znaleźć się w placówce edukacyjnej. Na wiekuistej fizyce. Lub matematyce.
W szkole wizg i rumor, młodość, pryszcze i ciało pedagogiczne.
Na cmentarzu cisza, wilgoć i zakaz wyprowadzania psów.
W szkole czuję się niepewnie, zostało mi to jeszcze z czasów, kiedy byłam małym chłopczykiem z permanentnym brakiem zadania. Na wywiadówce siedzę i mrugam oczami. Cała reszta towarzystwa szampańsko się bawi. Na pytanie dyrektora, cóż zmienić, cóż ulepszyć, odpowiadają, że proszę natychmiast zrobić coś, abym mógł/mogła zaparkować swym samochodem na trzecim piętrze pod klasą trzystadwadzieściasiedem, gdyż nie było dla mnnie MNIE miejsca na parkingu, albo chociaż jakaś żółta koperta z numerem rejestracyjnym mojego MOJEGO majbacha.
Pan dyrektor, przymilnie uśmiechnięty, zaprasza na parking pod urzędem. Piętro i kopertę obiecuje w niedalekiej przyszłości wymościć złotogłowiem dla pilnie potrzebujących, parking, oczywiście, powstanie, gdyby udało mu się przekonać urząd miejski do zlikwidowania cmentarza.
Tylko nie to!
Na cmentarzu, obok Załużonych Miastu spoczywa Sabina. Spoczywa, lub spoczywać będzie, gdyż na jej nagrobku brak jest daty urodzenia oraz śmierci. Nie wyryto. Czyżby nie narodziła się jeszcze? Nie zmarła?
Lub padła ofiarą aborcji, czyli zmarła, zanim się narodziła. Nagrobek wszakże marmurowy, pełnowymiarowy.
Jest imię, nazwisko, sentencja, która głosi, iż "Boża opatrzność prowadziła Sabine" (tak, tak SABINE właśnie). Ba! Jest nawet barwna fotografia nagrobkowa przedstawijąca pulchną panią w wieku średnim w towarzystwie dzieła marynistycznego, jak mniemam, własnego autorstwa. W tle jakieś sprzęty, kwiat uwiędły jak szyja Sabiny, kryształ...
Znaczy artystka.
Czyli raczej, znając te Sabiny, jest to niewybredny wybieg pijarowski - chodzi o to, żeby nikt nie wiedział, ILE Sabina miała właściwie lat. Aby móc zawrzeć prawdę o Sabinie w lakonicznym "odeszła zbyt wcześnie", nie wdając się w niepotrzebne odejmowanie liczb.
A może Sabina jeszcze niezakwaterowana? Wymościła sobie eleganckie względem gustu gniazdko, na wypadek gdyby jej syn, ożeniony z NIĄ, tą ONĄ, i wiedziony za sprawą jej dupy na manowce, zechciał sprzeniewierzyć środki serwujac Sabinie niegodny kopczyk z drewnianym krzyżem?
A zatem Sabina, w pełni sił witalnych jeszcze, zachodzi raz w tygodniu na cmentarz, przywiązuje przy bramie swojego sędziwego pieska, a sama udaje się w aleję, aby dopieszczać miejsce swego wiecznego spoczynku. Swą dumę i chlubę, przedmiot pożądania wielu, najepsza lokalizacja, opłacony z góry na lat pięćdziesiąt - potem to juz najpewniej sąd ostateczny, świat już przecież stoi na krawędzi. Woda zatruta, powietrze. Wielka orkiestra świątecznej pomocy. Szatana w telewizji pokazują. W dodatku nie umarł, to najlepszy dowód, że Bóg nie jest nieomylny.
Poleruje granit miękką szmatką, zmienia wodę chryzantemom, zapala znicz...
---
Cóż. Nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Jeszcze jedno małe święto, świątko, świąteczko państwowe, kościelne, kurewskie, papieskie, a zobaczycie w moim wykonaniu brejvika jakiego jeszcze nie było! Zagryzę wszystkich, wszystko, zwierzęta, koty i ludzi.
Japierdole!
Gdyby chociaż spadł śnieg, moglibyśmy odpalić nartosanki i jakoś się samozrealizować.
A tak to nie wiem, chyba odkręcę gaz. I tak dzionek cały stoję nad garami. Warzę. Potem zmywam, potem warzę, potem zmywam.
Piorę jeszcze, bo mi się przez te święta, świątka, świąteczka nagromadziło w koszu na brudną bieliznę.
Wiadomo - w wigilię i w sylwestra pranie wisieć nie może BO KTOŚ UMRZE!
(To nie wiedzieliście?)
Dotychczas znosiłam dzielnie twardy przymus seryjnego świętowania, ale już widzę cienką, czerwoną linię, za którą nie ma odwrotu.
To moja żyłka, krwią jasną pulsująca, co mi zaraz pęknie.
RATUNKU! JA CHCĘ DO PRACY!!!
Jestem taką ciocią, znienawidzoną przez dzieci, która zamiast jakichś fajnych plastikowych pizdryków daje pięknie wydane książki.
Głupia prukwa.
Kochany święty Mikołaju, prosze cię o taką ciocię dla moich dzieci.
Thank you from the mountain.
Twoja, chcąc niechcąc grzeczna, K.
To była jedna z tych leniwych sobót, gdy deszcz dżdży, a dzieci się nudzą. Wpadły więc Królewny na tradycyjny, mały armageddon.
Na początek było zbiorcze hasanie po kanapie, potem krokiem diabła tasmańskiego towarzystwo przeniosło sie do sypialni, by tam okręciwszy się w pościel sunąć przez przedpokój przebrane za farsz z naleśnika. Następnie zoczyło gdzieś wyjęte świeżo z dna szufady czapki mikołajów o róznym stopniu atrakcyjności: jedna bezgwiazdkowa, druga gwiazdkowa, ale nieczynna i trzecia najfajniejsza - z jedną pulsującą gwiazdką.
Nieidentycznośc oferty zrodziła kwas towarzyski i zaczęły się niesnaski i wyrywanie sobie nakryć głowy z włosami i w końcu propozycję rozjemczą, aby zamieniali sie nimi co 5 minut zgodnie z ruchem wskazówek zegara, co w pewnym stopniu nawet weszło w życie, ale zaraz straciło jakiekolwiek znaczenie w obliczu Aramaja. Ten oto wychynął ze swej pieczary aby dać się łaskawie osaczyć. Tu czapki poszły w diabły, a rozpoczęła się korrida, joga, dżudo, siadanie, skakanie, ugniatanie, malowanie tatuaży mazakiem WODOZMYWALNYM, bo tylko takie mam, posiadam jako polak po szkodzie. Ogólne sado-maso, kąsanie plus wiązanie wzystkimi szalikami świata ever całkiem na smierć.
Trwało to może z miłą godzinkę, a potem wesołe dzieciątka lekko przygasły wskutek nierównej walki z moby dickiem, i przyszły do mamy, siadły jej potulnie na kolankach, a mama poprawiła czułym gestem jednej z Królewien zmierzwione kucysie i jak nie wrzaśnie:
- ONA MA WSZY!!!
Następnie wpadki potoczyły sie błyskawicznie, Królewny pobiegły się dezynsekować, a i my natarliśmy skronie onym pospiesznie nabytym w aptece petroleum, w nadziei że jeśli jakaś samica kuca właśnie z wypiętym zadkiem, by złożyć jajo wśród naszych pukli, to ją w tej pozycji śmierć zastanie. I nie wiem, czy to dobrze czy niedobrze, ale substancja ta zabezpieczyła nam zdaje się skórę głowy na długie dni, bo za nic nie dało się jej zmyć z włosów tłustych, zwłaszcza na potylicy.
No i teraz piorąc-wietrząc-nacierając-odtłuszczając staram się ogarnąć sytuację: jedną połowę mieszkania wrzuciłam do pralki na bio, drugą połowę, w nadziei na mróz, wystawiłam na balkon, gdzie mrozu nie ma, tylko smętne sześć stopni, jak w maju i deszcz
zacina, moczy wszystko, ale i tak kołdry-poduszki w sześciu siedzą i
chłodzą, studzą system rozrodczy parazytów. Trzecią
połowę, wielkogabarytową tapicerowaną powinnam odkurzyć, worek w worek,
związać, wynieść, spalić i zakopać. Ale, jako elektryczna weganka, nie
mam odkurzacza. Mam za to żelazko, stoi zakurzone. Może odkurzę
wreszcie, wyprasuję kanapę, może to wystarczy?
No i czekamy na rozwój wypadków, drapiąc sie trochę. A dla rozładowania stanu napięcia nerwowego gramy sobie w grę-zabawę towarzyską:
Na talerzu leży wsza - kto się odezwie, ten ją ma!
Krecia postanowiła się zmienić. Ulepszyć.
Wyplenić po pierwsze primo z języka swego giętkiego perzynę, co to jej zarosła zagony słów z miażdżącą przewagą, którą można by scharakteryzować lapidarnym "co kurwa, to słowo". No, może nie każde wyartykułowane - Krecia, bądź co bądź, damą była - ale pomyślane. Bardzo.
Cóż z tego, skoro życie w prekariacie nie dawało Kreci pożywki dla jej szlachetnej intencji gniotąc ją, doginając, nie szczędząc ciosów oraz męcząc piemesami. Krecia nawet pomyslała, iż została przeklęta przez los i sasiadkę z dołu, bo gdy weszła do banku celem dokonania wpłaty długo wyczekanej kwoty wydartej spod stoliczka krwiopijcy, to wpłatomat na jej widok zaczął nagle świecić na czarno doradzając jej życzliwie, aby skorzystała z najbliższego urządzenia. Krecia nie odwzajemniła przychylności wpłatomatu krzycząc na niego, że jasne, że - tu słowo - z dupy sobie wyciągnie. To nie było eleganckie, ani komifo wobec, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że wcześniej w piekarni jakiś typ wykupił Kreci ostatnią drożdżówkę z makiem, oraz że uciekł jej autobus, to jej rozchwianie emocjonalne nie było już takie znowu nieoczywiste.
Z drożdżówką, mimo pierwotnego zalewu nienawiści wobec podłego jawnożercy, pogodziła się dość łatwo, gdyż bardziej od drożdżówek z makiem lubiła Krecia nie mieć grubego zadu. Przy niedoborze ciasteczek w organizmie jego prawdopodobieństwo drastycznie spada. Jak również przy użyciu autobusu. Z tym jednak Krecia pogodzić się nie mogła.
Nie miała ona bowiem talentu do komunikacji miejskiej. W masowych środkach transportu zdarzały się Kreci bajeczne przygody - raz jechała z Babą Jagą - starą kobietą o zmierzwionych włosach, która oblizując palce mazała po zaparowanej szybie tajemne piktogramy mamrocąc przy tym tejemne zaklęcia, znacznie częściej jednak ze Smokami Wawelskimi. Smoki wsiadały dopalając peta u progu pojazdu, a następnie zionęły z trzewi zaoszczędzonym na czas podróży gorzkim dymem prosto w kreciny, wykrzywiony szczerą nienawiścią do bliźniego swego, pysk. Dlatego wyspecjalizowała się ona w zawężaniu konieczności korzystania z autobusów do niezbędnego minimum łażąc kilometrami przez chaszcze, tory i głebokie wykopy, by po przejechaniu na bezdechu trzech przystanków wysiąść i z ulgą osoby uwolnionej z ramion anakondy rzucić się w wykopy, chaszcze. I na tory.
Najzabawniejsze jednak w tym wszystkim (lub najmniej zabawne) było to, że teoretycznie Krecia nie miała powodów, by podróżować komunikacją miejską. Przeciwnie. Była właścicielką luksusowego pojazdu silnikowego, z tym, że na trzech, z wymaganych czterech, kołach.
Dziwne? Czy ja wiem?
Krecia zawsze podejrzewała, że jest odrobinę chora psychicznie. Może nawet trochę bardziej niż odrobinę. Nie potrafiła jednak obiektywnie ustalić, na ile stopień skomplikowania sytuacji niedoboru kół polegał na tym, że była ona realnie zawiła, a na ile z Krecinych schizoidalnych projekcji, których potrafiła ona wygenerować milion na każdą okazję.
O tym jednak, drogi czytelniku, innym razem.
Albo, znając Krecię, wcale.
Kiedyś miałam wszystko.
Cyrkle, ołówki automatyczne wraz z zestawem wkładów, farbki, pędzelki, nożyki do papieru, do plexi a nawet do wycinania kółek, klej UHU w sztyfcie, płynie i Velpon i gumkę pentelkę, marker srebrny i złoty, rapidografy rotringa i tusz. I metrową linijkę.
Obecnie nichuja.
Metr linijki przerobiony na trzy mniejsze, ołówki porozkręcane w trzy dupy sprężynki rozprostowane, minki połamame w mikronowe drzazgi, nożyki w częściach pierwszych, zresztą i tak nikt nie wie, gdzie są ostrza. Schowałam. Bezpiecznie. Kiedyś znajdę. Farbki wyschli na kamień, pędzelki rozczochrane od tarcia, cyrkiel zniknął jak sen złoty, zresztą i tak nie miał igły, o nożyku do wycinania kółek nikt już nie pamięta, wszyscy pukają się w czoło, gdy pytam o. Klej - buhaha! Rapidografy powyginane w chińskie osiem. Gumka, tusz - i już!
A PRZECIEŻ ZABRONIŁAM DOTYKAĆ!!!
Iwo zwykł mawiać: Dzieci zawsze źle się komponują w mieszkaniu. I co? I miał rację.
Błogosławione niech będą wszelkie bawialnie, albowiem do ich klienteli należy królestwo niebieskie! Niosą one bowiem zbawienie rodzicom urodzinowej dziatwy. Mogą oni tam sobie za średniowygórowane datki nabyć odpust zupełny oraz to, co w życiu naświętsze - święty spokój.
Jeśli jednak zasobnośc portfela jest nikczemna z takiej czy innej przyczyny, czeka nas, jak w życiu, piekło, czyściec, lub w najlepszym razie czyszczenie chemiczne.
Był bal. Kinderbal. Chyba udany. Myślę.
Jeszcze tylko dwie kanapy do czyszczenia, siedem pralek
prania w trybie BIO oraz generalny remont i będzie jak dawniej, gdyż klu programu były, uwaga, farbki do malowania twarzy. I to niebylejakie. Nie jakieś tam mdłe pastele, róże, błękity.
Nie.
Tłuste, napigmentowane czerwienie, smoliste czernie, chabrowe błekity, konkretna żółcień oraz biel. Bardzo kryjące. Ale nie bardzo trwałe. Cały dom mam wypieczątkowany w świętotereskowe wizerunki spidermanów, motyli, śmiertek
oraz nindżów, czy to metodą bezpośredniego przyłożenia twarzy do
wybranej powierzchni tekstylnej, czy też sposobem twarz-ręka-dowolna
powierzchnia-twarz.
Słowem rzeźnia. Masakra. Huragan. Trzęsienie ziemi. Tsunami. Dużo
wrzasków. Dużo bałaganu. Dużo śmieci. Dużo radochy. Jeśli do tego dodamy barbarzyńskie
zabawy w obsiadanie starszego brata przez chmarę drobiazgu, gryzienie,
duszenie, szarpanie wielobarwną łapką za poły i skakanie nań z mebli (On nie oddycha, NIE MUSISZ już na niego skakać!)
to należy uznać, że bal się bardzo udał. Brat zresztą również niezwykle
zadowolony - uwielbia dręczenie. Czy to on dreczy, czy jego dręczą to
akurat wszystko jedno. Byle była UDRĘKA.
Nie obyło się oczywiście bez kilku małych dramatów. Buniozyl, weźmy,
zmienił nagle koncepcję makijażu i udał się do łazienki, by tam dokonać
ablucji. Farbki jednak w ogóle nie chciały sie poddać działaniu wody i wskutek
pocierania recznikiem Bunio stał sie nagle kuzynem tego gościa z
"Krzyku". Noblesse oblige, więc zaczął ryczeć, złamane miał życie, ja w tym czasie usiłowałam ogarnąć sprawę kateringu na stół, brat dręczył/był dręczony niepotrzebne skreślić, zresztą, znając go, jedynie by wyśmiał tę żałosną rozmazaną postać wycierającą kompulsywnie czerwono-czarno-białą, a w efekcie szarobrązową maź w mój pudroworózowy szlafroczek deluxe z polaru. Małżonek tymczasem, z racji swojej płci kalekiej, w czasie hekatomby z niezmąconym czołem prowadził zabarykadowany rozmowy biznesowe i za nic w świecie nie mógłby nikogo ratować. Nawet gdyby chciał. Bardzo.
Musiałam zatem rzucić w pizzu ciasto na pizzu i odkręcać kozi róg egzystencjalny w jaki wpakował się Bunio wraz ze swą czarnoczerwoną grzywką. Po półtorej litra mleczka do demakijażu i wacikach za 300 $, spod burej margaryny jął miejscami przebłyskiwać syn, jakiego kiedyś znałam. Udało mi się doprowadzić podobrazie do stanu, który pozwalał na zmianę anturażu na inny. Czyli, jak się okazało na... ninję! Czarna twarz z prostokątnym otworem na oczy. Trzysta dolarów psu pod ogon, ale klient bardzo zadowolony. Pojaśniał (na tyle, na ile pozwalała mu smoła na obliczu) i rzucił się do nekrofilskiego aktu na Aramaju, który sponiewierany bestialsko nie oddychał już od kwadransa. W ten sposób wielobarwny collage na pościeli w sypialni uszlachetniła dodatkowo szczypta eleganckiej czerni.
Po długim i wyczerpującym balu nadszedł jego moment schyłkowy, a wraz z nim chwila refleksji i nostalgii, swoista depresja postkoitalna, że było bardzo, bardzo fajnie, ale teraz jakoś smutno jest. Rozpłynięte, zmięte, zmęczone kreatury, które kiedyś były motylami, spajdermanami, a nawet kościotrupami zaczęły napływać do salonu i na zmianę zanosić się szlochem. Nadchodził nieubłagany czas na ogłoszenie bezwarunkowej kapitulacji. Na czułe pożegnania. I na kąpiel.
Kąpiel nic nie dała, a w każdym razie niewiele. To, co udało się wyszorować z solenizanta, osiadło na powierzchni wanny. To, czego się nie udało, zostało wtarte w pościel. Nazajutrz jubilat był już prawie jak nowy. Jego szampańską przeszłość zdradzał jedynie makijaż na Rudolfa Valentino, czarna grzywka oraz brew, które budziły mjęszane uczucia wśród przedszkolnej gawiedzi. Koleżanka o słabszych nerwach wykrzyknęła nawet wpijając się paluszkami się w udo swojej mamusi: Buniu! Wyglądasz jakoś inaczej! JA SIĘ CIEBIE BOJĘ!
Eee, tam. Nie ma się czego bać. Chyba.
Zatem kupili my foku i od razu stres.
Wczoraj postawiłam swą tłustą, wysrebrzoną, gadającą ludzkim głosem elegantkę tam a tam. Dziś rano przylepiłam policzek do szyby by zaczerpnąć ukośnie oczami radosnego widoku. Pacze - nie ma! Łomatko!
Lece do starego - Dzie jest foka?! - pytam dyszkantem.
Stary, głupio, przez sen - Jaka foka?
- Jak to jaka?! MOJA FOKA!
- No stoi. Tam. - mamroce.
- Jak stoi, jak nie stoi! - omdlewam - Przestawiłeś?!
- Przestawiłem.
Nocą z baku zginęło 50 kilometrów paliwa.
P r z e s t a w i ł ;)
W zasadzie wszystko po staremu.
Chociaż nie - dzieci maja dziury w zebach, a nie miały. Czyli ich uparta polityka niemycia zębów przynosi pożadąne skutki. Świetnie.
Zatem ergo wszystko świetnie.
Nadal jestem niewyspana, ale o tym nudzę od stu notek, więc postanowiłam w ramach samodyscypliny wiecej o tym nie wspominać.
Ot, napiszę kilka somnambulicznych bredni to i tak będzie wiadomo.
Idzie zima. Pies jej mordę lizał. Nie przepadam, ale o tym już chyba też wspominałam.
Wszystko już było. To teraz zrobimy postmodernę i będzie powtórka. Ile to już zim Was męczę? Czwartą? Piątą? Jako że są dwie zimy w roku kalendarzowym, ta na poczatku i ta na końcu, to w sumie nie wiem, chyba ósmą. Lub dziewiątą. Dziewięć zim i cztery lata. Trochę dużo. Czy nie za dużo?
Czasem mnie to leciutko żenuje, że ja tak tu sobie bredzę, a Wy to musicie czytać. Wtedy nagle chmurnieję i jakby dnia ubywa, i ptak czarny samozwątpienia napada mję na czoło jasne i myślę wonczas: Weno weź! Trochę samokrytycyzmu szczyptę!
Ale potem myślę sobie: Ach comitam! W końcu żadnych ważkich treści nie przekazuję, nie kształtuję gustów, nie wpływam na ogląd, nie modeluję poglądów. Zatem może być.
A potem znów: Tak być nie może! Tak o niczym. Powinno być o czymś! Tylko o czym? O sianie we łbie? O słomie w butach?
Ach, ta kokieteria a rebours. Uwielbiam ją u siebie. Jest genetyczna. Moja babcia Nastka też to miała: kupowała sobie meble do jadalni i podczas prezentacji wiła się, że no kupiła, owszem, ale takie brzydkie! Takie brzydkie!
I tu następowały gromkie zaprzeczenia ze strony gości, że wcale niebrzydkie, że wygodne, że forma ciekawa. A i niedrogie, no ładne. BARDZO ŁADNE.
Więc ja tez to mam. Tarzam się w smole, potem opierzam i tak ucharakteryzowana wystawiam na widok publiczny. Gdy tymczasem naprawdę jestem śliczną brunetką metr siedemdziesiąt sześć, 90-60-90, dwadzieścia cztery lata, studiuję marketing i zarządzanie na uniwersytecie warmińsko-mazurskim, interesuje mnie czytanie książek oraz głod na świecie.
Żal mi tylko trolli. Bo nie przychodzą. Wszystko skutkiem samostrollowania. Troll przybywa ze swą bezcenną masą krytyczną tylko pod warunkiem, że jest co skrytykować, opluć zmiażdżyć, a jak człowiek sam się w łajnie wytarza, to po co?
Zatem może powinnam nieco zmienić koncepcję wypowiedzi. Zarzucić smutne opowieści o grubej dupie, krótszej nodze i niedoborach i przejść na tryb mentorsko-pokazowy?
Przemyślę to, przetrawię. No, nie powiem, że się z tym prześpię, bo wiadomo.
Na poczatek zatem headline w nowym stylu:
Trzynaście lat i ani jednej dziury w zębie. Ha!
Ktos tak potrafi?
Już nigdy nic nie napiszę. Ani nie przeczytam. W ogóle już nigdy nic, jak gdyby nigdy nic. Nie było.
Od miesiąca jadę na rdzeniu. Jak stułbia. Czy coś. Czy bezkręgowce mają rdzeń? Jak sama nazwa wskazuje?
W
każdym razie mózg mi nie działa. Jest on bowiem aparatem, który mi się
włącza po godzinie siódmej. Zwleczony z łóżka przed czasem zamienia sie w
pulpę i nie pełni swych powinności. Jego działanie polega wówczas
wyłącznie na tym, że każe ciału ziewać i oczom szczypać.
To stąd
płynie dla mnie nauka, że nie jestem ani skowronkiem, ani sową. Nie ma
we mnie nic z ptactwa. Jestem stułbią, nielotem, tu cytat: Skrzydła krótkie, gruby zadek, po dwóch metrach jest upadek.
Tak
więc dzień cały, począwszy od piątej pięćdziesiąt, snuję się smętnie i
nie stykam. Szary klajster chlupoce mi pod czaszką, staram sie więc nie
wykonywać gwałtownych ruchów, żeby sobie nie zachlapać.
Chce mi się spać, więc piję kawę. Piję dużo kawy, więc kiepsko się czuję. Kiepsko się czuję, więc piję wodę, więc chce mi się sikać, źle się czuję i chce mi się spać.
Nie
widze wyjścia z sytuacji. Chociaż, może... Gdyby tak... Dotychczas była
mi potrzebna pani do sprzątania, pani do gotowania, pani do prasowania i
pani do mycia okien. Generalnie pani do wszystkiego (tylko do zakupów
nie jest mi potrzebna pani do zakupów).
Obecnie jest mi także potrzebna pani do dziecka. Konkretnie do budzenia dziecka o piatej pięćdziesiąt.
Chyba, że jednak uda się sprzedać, nic nie jedzą. Literalnie NIC.
Gotuję, smażę, pichcę. Nic.
Działają na cukierki. I kokakolę.
Z tym, że nie robią nic pożytecznego.
Bałaganią, kłócą się, wrzeszczą.
Tatuują swoje ciała.
Mam nogi otulone bombami - mówią potem.
Poeci, psia ich...zieeew.
- Podobno matka sprzedała dziecko. Jak myślisz, za ile można by was opchnąć?
- Osiemdziesiąt złotych.
Ktoś winszuje?
Trwaj roku szkolny, jesteś piękny!
Jest szósta trzydzieści, nadaję z kuchni, zaspana i rozczochrana dojadam tosta po dziecku. W bonżurce. Dziecko jest stare, a co za tym idzie i ja jestem stara, ale to temat na inną rozprawkę.
Zatem stary Aramaj chodzi do szkoły. Bardzo rano, bo nie do takiej zwykłej, tylko do wyścigowej. Dla szczurów. W centrum.
- Zwariowałaś? - zapytała mnie oburzona eeewa dowiedziawszy się o tym wstydliwym fakcie - Posyłasz dziecko do szkoły wyścigowej? Czy tobie jest zimno?
- To był jego pomysł - odparłam w odruchu samoobrony - To jemu zimno! - Zgoniłam szybko na Aramaja.
Pobudki, dla których wybrał on szkołę wyścigową nie są dla mnie do końca jasne. Być może pragnie rozbić jej struktury od wewnątrz. W każdym razie powiedział "A", przeszedł adekwatne testy z bardzo wysoką lokatą, więc powiedzmy, że jestem spokojna. Jak wieś. I wesoła. Uregulowałam za mundurek, zwrotów nie przyjmują. Amen.
Dręczy mnie tylko niepokój, że to dziecko podmieniono w szpitalu. Po ogłoszeniu wyników testu, kiedy okazało się, że szukać go należy u samej góry bardzo długiej listy podzieliłam się nowiną oraz obawami z Fantą. Że zdało, i że ani chybi podmienione. A Fanta podeszła do sprawy kompleksowo. Odparła, że gratulacje: dla dziecka, że tak ładnie zdało i dla położnej, że tak sprytnie podmieniła.
Sprytnie czy nie, teraz jestem niewyspana. I Aramaj też. Wczoraj w drodze powrotnej ze szkoły zasnął w tramwaju. Obudził się na pętli, gdzie kimał od z górą dwudziestu minut. Tramwaj zamknięty. Motorniczy w pobliskiej budce pił kawusię. Wypuścił. Pogratulował twardego snu.
Sam Aramaj był przeszczęśliwy, jako że uwielbia pojazdy szynowe. Na granicy manii. Już dawno zapowiedział, że zostanie maszynistą.
- Dobrze - odrzekłam autorytarnie - ale musisz najpierw skończyć studia, a potem możesz się dowolnie zmarnować.
A dziecko (pamietajmy, podmienione) na to:
- Tak jak ty się zmarnowałaś?
Jego biologiczni rodzice muszą być wyjątkowo wrednymi ludźmi.
Witam!
Mam do kupienia samochód i ciężką chorobę psychiczna na tym tle!
Nie jem i nie spię.
Nie stoje na przystanku.
Poluję. Wytężam wzrok. Upatruję. Wiercę.
Na zakładzie żaden z obowiązkowych obowiązków nie jest w stanie zmącić mojego uporczywego wpatrywania się w ogłoszenia oferujące same fajne auta nicanicniekręcone.
Wyrzucą mnie z pracy, z domu i z życia.
Z życia sama się wyrzucę, ponieważ życie bez samochodu i tak nie ma żadnego sensu: dziś rano, po wycieczce teoretycznie klimatyzowanym autobusem o nieuchylnych oknach strasznie zachciało mi się rzygać. Z całego serca. Ledwo zdusiłam w sobie tę chęć, a już czas było wsiadać w powrotny. Jestem struta i ogarnięta obsesją. Bielmem błyskam, pianę toczę.
Jest niedobrze.
Marność, marność nad marnościami, wszystko marność.
Czcigodna ciotka Marianna leży na marach, a myśli Kreci kręcą się wokół jej własnego tyłka. Czy grubo, czy chudo.
Miał być upał. Poprzedniego dnia, kiedy Krecia montowała szykowny pogrzebowy outfit, żar lał się z nieba. Specjalnie na tę okoliczność kupiła w galerii handlowej przy supermarkecie niebagatelnie przecenioną krynolinę i ta teraz oddawała skumulowane we włóknach półroczne zasoby aromatyczne zaczerpnięte z pobliskiej smażalni kurczaków ekspresowych. Trudno. Cena nie grała roli. Zatem Krecia nabyła strój, skomponowała niezbędne dodatki, przywdziała czarne, czarne okulary i uśmiechnęła się do siebie najsmutniejszym ze swoich uśmiechów dziokondy. Czy anakondy? W każdym razie refleksyjnie. Gotowa na wszystko. Na plus dwadzieścia siedem.
(Ale czy na szesnaście? Czy szesnaście w sierpniu to jest jeszcze plus?)
Tymczasem nocą spadł rzęsisty deszcz i ostudził atmosferę do tego stopnia, że gdy rano Krecia wyszła na taras, miast konstatacji, że dobrze jest Jutrzenki blask duszkiem pić, zaklęła szpetnie i jęła w szafach i komodach poszukiwać adekwatnego szala. Znalazła coś czarnego z frędzlem, okręciła imponujący dekold V, który zgodnie z doktryną Goka wyciąga i wysmukla i miast seksownego pinupa ujrzała w lustrze... Hajdii.
- Japierdole! - pomyślała w duchu, ale było już za późno na zestaw ćwiczeń wysmuklających i herbatkę z senesem. Krecia musiała wziąć na klatę fakt, że wygląda jak stara Ormianka w drodze na targ. Brakowało jej tylko gomułki owczego sera, osiołka niebogiego i wełnianych pończoch.
- Apage! - wrzasnęła Krecia do babiny w lustrze i stłumiwszy woń drobiu z rożna grzybem atomowym perfum wyszła.
Jakkolwiek całą podniosłą ceremonię przyćmiła Kreci myśl o nikczemnym wyglądzie, to jednak starała się ona nie poddawać obsesji biorąc ją za dobrą monetę, czyli za obsesję właśnie. Paradowała z dumnie podniesionym czołem w procesjach i konduktach z uśmiechem czarnym i z natrętną myślą, że jest dobrze. Jest bardzo dobrze. Jest bardzo świetnie. Gites!
I w zasadzie już nawet udało się jej siebie sobie do tej myśli przekonać. Już byłaby w nią uwierzyła. W to, że tam, wtedy, w lustrze ujrzała Dittę von Teese, gdyby nie babcia.
Babcia, która rzekła:
- Bardzo ładnie się ubrałaś na pogrzeb. Ładnie wyglądałaś.
Jak k r a k o w i a n k a.
Idą, suche tyłki mają, szeleszczące, skóra trze o kość.
Mówią, zwierzaja się sobie, jedna mówi do drugiej, jak to przytyły, po dzieciach, po latach, po zupie z zasmażką i śmietaną:
- Ach, musimy pogodzić się z tym, że nie mamy już osiemnastu lat, że nasze ciała się zmieniają. - Wzdychają ciężko.
Nie wiadomo, w co im się zmienią za kolejne trzy zupy, jedno dziecko, parę lat.
Chyba w porzucone na wysypisku stare parasole.
Więc, gdy tak patrzę, ogladam, aukcję na Allegro gdzie za 9 złotych można
nabyć klapki kroksopodobne w kolorze różowym, to się zastanawiam, dlaczego wyłącznie przesyłką kurierską za 18 złotych?
Czemu, kurwa, nie dżambodżetem za 18000?