pstryk, pstryk 2009-11-19 10:07:06

Podobno, kiedy mężczyzna kocha kobietę, widać to gołym okiem na zdjęciach.
W sensie, że jest ona piękną na fotografiach wykonanych ręką oblubieńca.
Jak mniej kocha, to jet brzydsza, jak nie kocha wcale, to jest szpetna. Jak noc. Mimo obiektywnych faktów.

Tak to działa.

Wobec tego, kto mi powie, co TO może oznaczać?

skomentuj (10)

my only friend the end 2009-11-17 10:19:30

Otwarłam puszkę z pandorą. Całe szczęście, że koniec świata już blisko, to może uda sie to jakoś zatuszować.

Po kluczyk sięgnęłam na podstawie przesłanek.

Po bacznych obserwacjach, mianowicie, rodzonej progenitury, która to na ten przykład, bawiąc się ostatnio maszyną do pisania, wystukała ukradkiem (a potem, nakryta in flagranti,  z j a d ł a ) epos na temat dupy, jej przygody ujmując w czasowniki takie jak "ruchała".
W onczas doszłam do wniosku, że czas sięgnąć po literaturę fachową.

Nabyłam. Wydawnictwo, nota bene, czarna owca.

Wręczyłam. I teraz mam. Progenitura mi się zatacza po domu ze śmiechu pod wpływem nowego dla niej określenia "twarda pała" znalezionego we woluminie. Oraz innych, temu podobnych.

Tak. Tylko koniec świata może nas uratować.

Ponadto, jak mówi się w środowisku, podobałam się z urody jednemu koledze ze zakładu, ale jak mu życzliwi donieśli, że jestem matroną zamężną z dwójką dzieci, od razu nie chce mnie znać.

Wielkie dzięki!

Podłość ludzka nie zna granic.



skomentuj (4)

grószki i róże 2009-11-12 09:57:18

Stary mnie zabije.
Ukatrupi mnie, kiedy się wyda, że mam profil na sympatii.
Podobno mam. Dostałam list:

hi
am a young single girl never married seeking true love for a long term relationship with marriage potentials,i am happy to contact you after going through your profile in (sympatia.onet.pl)   which got my interest! i -will love us to be good friends or a lot more,you can contact me through mail so that i will send you my photos,till i hear from you,bye and kisses!


W tym profilu jestem facetem.
Albo lesbijką.
Z Holandii lub z Kalifornii. Wnoszę, bo dziewczyna już myśli o ślubie.
Nie wiem, czy nie za wcześnie.

A może w sam raz, w zgodzie z tezą, że seks powinien być przed pierwszą randką, żeby było wiadomo, czy w ogóle warto na nią iść.

Swoją drogą, ciekawe czy jestem przystojny/a? Podobno zamieściłem/am zdjęcia.
Czy jestem brunetem/ką, blondynem/ką, szatynem/ką czy rudym/ą?
Czy jestem wysoki/a? A może niski/a? Gruby/a? Chudy/a? Wysportowany/a?
Czy palę?
Interesuję się: czym?
A czym nie?

Jak myślicie: Czy to coś poważnego?

skomentuj (5)

póki my żyjemy 2009-11-11 12:06:40

Ach, och! Uwielbiam takie leniwe dni jak dzisiaj.
Można pospać do południa, poleżeć w wonnych pianach pośród świec, poczytać coś, ponucić, przekąsić co i raz...


DUPA!!!

W takie dni jak dzisiaj postrzegam życie jako plątaninę chujni z grzybnią.

O bladego świtu wrzask. Kłótnie, szamotaniny, jęki, burdel, płyny wylane ze szklanek, lepkość, okruchy.
Długie godziny ryku o to, że się nie chce bluzy w pająka, że się chce latać na golasa po domu, nic się nie podoba, deszcz leje jak z cebra, mój spauperyzowany mózg domaga sie cukru: chcesz monciaka? nie! to dobra, ja zjem. zjadam. chcę monciaka! nie ma, zjadłam, pytałam, powiedziałeś, że nie chcesz. łeeee! ja kceeeem monciakaaaa!!!

Teraz siedzi mi na kolanach i między literami serwuje zdarta płytę: mama, ja kcem auta, ja kcem auta oglądać, ja kcem auta, auta, autka, kcem autka, ja kcem ogladać auta...


(Ale, ale! Świt. Leżę twardo w pościeli. NIE OBCHODZI MNIE. Podsłuchuję. Brzdęk! Chlup! Kubek spada na podłogę. Aramaj pędzi po ścierkę. Buniozyl oświadcza ofiarnie: - Ja mogę pieska! Wraca Aramaj z mopem - Co robisz?! - pyta. - Lizam!!!)

skomentuj (6)

szklanka wody zamiast czyli krecia w szponach antykoncepcji 2009-11-09 11:37:31

Dokonawszy w swoim mniemaniu wszystkiego co bylo w jej mocy na niwie prokreacji, Krecia postanowiła zadać jej kłam.

Zawzięła się, innymi słowy, skończyć z nią raz na zawsze, lub chociaż raz na jakiś czas, albowiem nigdy nie wiadomo czym, jaką optyką nową, zaowocuje kryzys wieku średniego. Wiadomo.

Ale póki co, Krecia, trzymając się z dala od wszelkich kryzysów, postanowiła, iż rzuca tematykę ciąż i laktacyj. Pieluchy paszły won! Teraz rozwój OSOBISTY!

I jęły ją interesować metody nienaturalne, żeby nie powiedzieć wynaturzone.

Pan doktor eF, zazwyczaj ponury i powściągliwy, bardzo się ożywił na myśl, że oto kroi się okoliczność instalacji urządzenia hamującego prokreację w stopniu, jak się wyraził zachęcająco "porównywalnym z usunięciem macicy".

Krecia także się niezmiernie uradowała perspektywą, iż bez posuwania sie do tak drastycznych środków, uda jej się, w pewnym sensie, wyciąć organ bez jego wycinania, gdyż Krecia na wszelkie próby ingerencji chirurgicznej reaguje natychmiastową utratą przytomności i w ogóle niechętnie pozbywa się elementów składowych, do których się z biegiem lat przywiązała.

Zatem pan doktor eF dokonał niezbędnych oględzin, pobrał materiał do badań, opowiedział Kreci o powyższych walorach i już po upływie miesiąca, gdy wyniki okazały się zadowalające, pokazał Kreci na własne oczy egzemplarz demonstracyjny.
Estetyczny i solidnie wykonany system antykoncepcyjny, w twarzowym kolorze białym, wzbudził w Kreci zaufanie oraz żądzę posiadania. Z urody przypominał on ajpoda. Z ceny też.
Biorę! Wykrzyknęła Krecia i powiewając receptą, pognała w kierunku domostwa przeświadczona o tym, że od dziś słońce będzie jaśniej świecić i już nigdy żaden cień nie położy się drugą kreską na Krecinym życiu płciowym.

Krecia, jako osoba dociekliwa, była oczywiście świadoma zagrożeń. Nie obce jej były skutki uboczne, działania niepożądane i występujące, rzadko bo rzadko, ale jednak komplikacje. Doktorowi eF udalo się jednak wprowadzić ją w stan euforii, w której trwała.

Trzy kwadranse.

Do czasu kiedy postanowiła wstąpić na chwilkę na forum dla pewności.
A tam ofiary rozbuchanej rozwiązłości, do których grona Krecia miała cichą nadzieję wstąpić, obnażyły dzieło szatana w całej rozciągłości.

Bo tak. Napisały, że zrobiły im się pryszcze.
Nooo - pomyślała Krecia - pryszcze, czy ja wiem...
I nic.
Idźmy dalej
Napisały, że wypadły im włosy.
Krecia lubi mieć włosy, ale bardziej niż mieć włosy Krecia lubi nie mieć dzieci, bo od posiadania dzieci włosy z kolei siwieją, a to też nic dobrego.
Czyli, że ostatecznie...
Nic.
Przeczytała, że ofiary czynnie realizowanych pokus cielesnych, miały bóle i narośle.
Nic.
Cysty i guzy.
Nic.
Skręty i skłony.
Nic.
Ciąże pozamaciczne, dystrofie, wydzieliny, przepukliny, palpitacje, migreny, zmiany, perforacje, przebarwienia i wąsy.
Nic. Nic. Nic. Nic. Nic.
Brody.
Nic.
BOKOBRODY.
Krecia NIC.

Ale kiedy napisały, że utyły DWA KILO
Krecia sie popłakała.

skomentuj (12)

prêt-à-porter 2009-11-06 22:38:36

Podniosłam sobie dziś nieznacznie łatwość odczuwania życia poprzez nabycie sukienki damskiej małej czarnej ze szczypankami (kocham szczypanki!), gdyż dawno żadnej sukienki nie byłam nabyłam (Kocham nabywać sukienki! Ze szczypankami!).

Czy wy też wyglądacie we wszystkim jak pikowany materac?
Hm, dziwna sprawa.

No więc w tej wyglądam najmniej jak mortadela, albo tylko mi się tak w euforii zakupowej wydaje.
Często tak mam, iż akceptuję siebie w danym stroju do momentu urwania metki. Potem to już z górki.
Mam takich okazów w szafie tysiąc pięćset sto dziewięćset. Czekają na hipotetyczną okoliczność, gdybym nagle stała się piękna i młoda. I miała gdzie w nich wystąpić, co jest nawet jeszcze bardziej nieprawdopodobne.

I jeszcze kozaczki wieczorowe czarne kurwieńszcze na szpilce zaledwie 10,5 cm były już tuż tuż, lecz gdy przyszło do operacji kartą kredytową, to w systemie cuś stękło, zazgrzytało i nie przeszło.
I teraz nie wiem, czy to aby nie był ZNAK?
A może wręcz przeciwnie: PRZECIWNOŚĆ?
Kupowanie kozaczków czarnych, kurwieńszczych na szpilce przez internet może się wszakże skończyć dwojako.
Ale nic to. W poniedziałek będę kontynuować starania, pod warunkiem, że mi znów jakaś lafirynda (lub lafirynd, czasy są niepewne) ich nie wykupi, jak to już raz mialo miejsce.
(ZNAK?)

Do tego potem jeszcze tylko amarantowe rajty jako synkopa stylistyczna
i w długą.
Wyrzucić śmieci.

skomentuj (5)

narodziny gwiazdy 2009-11-02 11:33:23

Właściwie, spośród okolicznej ludności jedynie ja jestem na tyle staromodna, aby się rozmnażać.

Inni kultywują młodość oraz kult ciała oraz kult niepohamowanej konsumpcji.
Moja młodość mija bezpowrotnie na robieniu kakała i sadzaniu na nocniku. Oraz zamiataniu czekoladowej kuwetury spadłej z pierniczków. Proszę, żeby nie kruszono, że to nawet będzie korzystniej kiedy czekolada, zamiast spaść na podłogę, trafi do pysków, ale nie słucha się mnie wcale.

Rozmnażanie przysparza wielu trudności. Nie jest łatwe, nie jest proste.

Nie da się, powiedzmy, swobodnie popaczeć na telewizor.
To znaczy, można próbować, ale zasłaniają i gadają i kwiczą, a jak nie kwiczą przez chwilę, jak się zapomną, to zaraz sobie przypomną i się natychmiast wzajemnie napastują. I kwiczą.

Oglądaliśmy, na ten przykład, mam talent.

Wróć! Inaczej.

W pocie czoła usiłowałam oglądać program rozrywkowy, wijąc sie i gimnastykując odcinek szyjny. Wytężając zmysły, zwłaszcza słuch.

W tym czasie najpierw rozmontowana została kanapa: powstała na podłodze specjalistyczna baza do celów poznawczych.
Wywleczone zostały karimaty z zakamarków oraz pościel z sypialni.
Potem publiczność zainstalowała się na pozycjach i legła.
Po trzydziestu sekundach publicznością owładnęła nuda i jęła ona wierzgać nogami trafiając się wzajemnie w odsłonięte części ciała.

Skutkiem tych zdarzeń rozrywka telewizyjna mi nie wyszła. Nic nie wiem: kto tańczył, kto spiewał, kto sobie wróżył z dymiących flaków i jakie były zapatrywania żury.

Ale nie ma tego złego, gdyż wyjąwszy drobne obrażenia, paralelny program rozrywkowy toczył się u mnie w chacie na żywo.
Buniozyl tańczył w piżamie zawiłe brejkdensy przed ekranem wykrzykując w samozachwycie: MAM TALENT!

I wszedł do finału.


I byłoby w zasadzie okej, gdyby nie pytanie egzystencjalne:

A kiedy młodość, ja sie pytam?

skomentuj (13)

odpowiednie dać rzeczy słowo 2009-11-01 23:04:36

"Łatwość odczuwania życia w tym swetrze opiera na jego dekolcie V z przymarszczeniami. Długość ok. 65 cm. Miękka dzianina o dużych oczkach o dotyku kaszmiru, łatwa w utrzymaniu. 100% akryl."

"Dobra podstawa stroju tej zimy, która staje się kobiecą zabawką przez zestaw swoich szerokich ściągaczy."

"Wspaniała ilustracja tendencji tego sezonu, spódnica ołówek "so chic", ździebełko stylu retro dokonuje swego powrotu. Noszona z prostym T-shirtem oraz parą niskich botków dla zapewnienia sobie najbardziej modnego wyglądu, staje się luksusowym strojem, wznosząc do góry twoja sylwetkę."

I wiele wiele innych smakowitości. Mniam.

skomentuj (4)

bęc. zmiana. 2009-10-30 10:17:05

Jest.
Nadejszła.

Jesienna deprecha.

Nie mylić z deprechą zimową, wiosenną i letnią.
Każda z nich ma sobie specyficzny wachlarz upierdliwości i każda dokucza.
Najstraszliwsza jednak ze wszystkich jest właśnie ta: jesienna.
Mrok gęstnieje, wilgotność wzrasta, ciśnienie spada, nastrój ciśnie.
Znikąd pomocy. Z atrakcji pozostaje jedynie strzelić sobie malowniczo w łeb.

Chów wolnowybiegowy zmienia się w chów telewizyjny.

Bachory zrzędzą, nudno, bałagan, zimno, smarki, kaszel, grzyb w kącie. Sąsiadce ukradli z suszarni co nowsze majtki.
Ja swoich nie powierzam, bo przy tej ilości prań majtek i nie majtek musiałabym w ogóle nie wychodzić z piwnicy.

Ciemno jak w dupie skutkiem ekologicznego podejścia do oświetlenia wnętrz. Ten, kto wymyślił te świecące na brązowo żarówki energooszczędne powinien je sobie wkręcić. Unia europejska się do wszystkiego wtrąca. Podobno to przez jej wszędobylstwo nie ma już starych dobrych żarówek stuwatowych. Unia zabroniła im być, ale gdyby nawet były, to i tak nie byłoby ich do czego wkręcić, bo nowomodne oprawy mejd in czajna topią się w zetknięciu ze zwykłą brzęczącą sześćdziesiatką.

Swiatłaaa!

Gdzieś bym poszła, ale nie mam dokąd. Nie posiadam koleżanek. Koleżanki moje harują celem zduszenia bólu istnienia.
Też bym sobie poharowała, ale się nie da w asyście.
Potem idą na szoping.
Też bym se poszła, ale się nie da w asyście.
Potem do kosmetyczki, fryzjera, tipsera, i na nowe cycki.
Też bym se poszła, ale się nie da w asyście.
Potem idą na randki, spotkania, ploteczki, tańce, hulanki, swawole.
Też bym se poszła, ale się nie da w asyście.
Potem idą spać.
Jak śpię z asystą, to mnie ona kopie w głowę.

Nazajutrz boli je głowa.
Mnie też.



skomentuj (18)

akuku! tu koloidalny roztwór kauczuku! 2009-10-28 22:19:33

Ach, och miałam dziś elektryzującą przygodę z lateksem.

Jako kobieta do szpiku perwersyjna, mrrrauuu..., jęłam malować farbą lateksową elementy kuchni na kolor wiosna szczypiorkowa.

Pominę fakt, że wyszła jesienna nać, pominę.

Tak sobie zatem żwawo pracowałam wałkiem, mając po temu w końcu tytuł naukowy w stopniu magistra, a skończywszy postanowiłam oderwać taśmę maskującą trzask prask. I co się okazało?

Okazało się, że przedwcześnie.

Że mianowicie odchodzi ona, a jakże, lecz wraz z nią obłazi farba jesienna nać, jak skóra po lecie schodzi, takie zęby, białe kły walenia czy innego rekina tyranozaura tworząc, a ja ślepnę, słabo mi.

Odzyskawszy wzrok zaczęłam od nowa. Lecz teraz taśmę oderwę najwcześniej pojutrze.

Cóż, poza tym, że się kolor nie zgadza i kły siekacze wychodzą na mokro, o czym już wiem i postaram się zachować najwyższą ostrożność w kontakcie osobistym z lateksem w dowolnej formie, to w ogóle same zalety tworzywo to posiada oraz wszechstronne zastosowanie w gospodarstwie domowym.

O czym uprzejmie donoszę wszystkim niezorientowanym w arkanach.
Są tu tacy?

skomentuj (9)

najn, najn, najn!!! 2009-10-26 11:44:08

Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek zapyta Was: Ciastolina?
Odpowiedzcie stanowczo: Nie, dziękujemy!

Wczoraj miał miejsce zaległy kinderbal urodzinowy Buniozyla.
Aramaj miał od tego stan ciężki już od rana: pląsawicę huntingtona przeplataną rzucawką i rozmaitymi depresyjkami oraz euforią i poczuciem misji przejawiającą się obsesyjnym dbaniem o nagłośnienie imprezy bez względu na wzgląd.
- No, jest trochę przygłupawy - rzekłam do męża - ale cóż, trzeba kochać jak swoje.
Czy wszyscy chłopcy lat około dwunastu są tacy labilni emocjonalnie, czy tylko mojego syna nawiedza duch klimakterycznej primabaleriny?
Się boję, bo wiem, że to i tak dopiero przedsmak, pełny bukiet dopiero przed nami.

Ale wróćmy do balu.

Bal się odbył w dniu zmiany czasu, co się odbiło falą ujemną na kondycji zaproszonych maloletnich gości, gdyż ich zegar biologiczny został wystawiony na ciężką próbę, kiedy się okazało, że o 20 jest tak naprawdę 21 i wszyscy wytarzani w ciastolinie, galaretce z bitą śmietaną i confetti ze smartisów skaczą ze stolika kawowego na kanapę bdang, bdang. Buniozyl wrzeszczy co rusz: Ja tu rządzę! Mayonnaise siedzi na nocniku po ciemku w klozecie i twardo czyta książeczkę, Satnisław T. przechadza się krokiem prezesa z rękami założonymi na plecach po gruzach ciastolinowo-żelkowo-smartisowych, a Żulietta lepi strusie. W tym czasie Dyzma, brat Stanisława T. śpi w foteliku jako małoletni, ale przyszłoroczna impreza będzie jego! Aramaj wzdycha z wyższością, że wszyscy są tutaj w wieku poniżej lat pięciu, ale twardo zarządza zabawę w makdonalda. Lepi się hamburgery i frytki, Buniozyl na kasie. Leniwe raz! Konsumenci fast foodów mają na łokciach, pupach i kolankach wprasowanki z ciastoliny w kolorze szarym, bo właśnie szary kolor zdominował kolorystykę menu, skutkiem uporczywego mieszania kolorów dopełniających. Z keczupem czy bez? Smartisy wszędzie, tylko nie na torcie.

Miał być tort ze smartisami, ale wyszło kakaowe oko skutkiem tego, że się murzynek wziął i w sobie zapadł tworząc malowniczy krater, kakaowe oko jak żywe, po tym, jak zniecieprliwiony Aramaj zerknął ciekawie do piekarnika czy już, w ramach przedimprezowego szału uniesień.

Wobec tego zrezygnowałam z przylepiania cukiereczków i potem szczerze żałowałam, bo jednak co przylepione smartisy to jednak przylepione i trudniej sie je rozsiewa, ale to nauczka na przyszłość.

W każdym razie, jak spytają: Ciastolina?
Odpowiadamy za Grocholom: Nigdy w życiu!

Jak spytają: Smartisy?
j.w.

Jak spytają: Dzieci?
To już jak kto uważa. Osobiście odradzam.
Chyba, że takie z ciastoliny.

skomentuj (5)

nouvelle cuisine 2009-10-22 10:11:11

Facebook to niezwykle praktyczne narzędzie.

Można się z niego np. dowiedzieć o aktualnym stanie poniekąd cywilnym swojej rodzonej siostry. Polecam wszystkim pragnącym pielęgnować więzi w tych trudnych czasach.

A tymczasem czekam, aż mi tu współpracujący przyjdą na zakład i przyniosą mleko ku kawie, gdyż do wyżarcia wszyscy są chętni, a jak nie ma, to nie ma. Nikogo. I teraz nie mogę się napić kawy z mlekiem i boję się, że zasnę na posterunku.

A jakie ja mam sny!

Nie dalej jak przedwczoraj penetrowałam portale społecznościowe i się mimochodem natknęłam na pewnego pradawnego przelotnego znajomego (nic nie było!). Pooglądałam zdjęcia z epoki, zawzruszyłam się nad minionym. Tyle.

I tu naraz śni mi się on tej samej nocy (najdroższy, NIE CZYTAJ!) i nastaje w tym snie on na moją cnotę z użyciem aż trzech(!) narządów płciowych, albo ani jednego, nie wiem, gdyż wszystkie one wyglądały jak kiełbasa podwawelska jako żywo.

Więc wyciąga on z rozporka te niczego wędliny (gospodynie domowe wiedzą o co chodzi) i ja nie wiem która jest która, i co tu począć z tym dobrodziejstwem inwentarza.

Na to wpada jego narzeczona (też figurowała na zdjęciach) i robi mi dziką awanturę, nie wiadomo czy bardziej o serce wybranka, czy o to, że jej wyżeram z lodówki, bo niestety dzwoni budzik i wszystko niweczy.

Ot, typowe sny erotyczne kur domestik.
Na patelnię.

skomentuj (5)

mąż wcześniej wrócił z ciechanowa 2009-10-19 10:58:19

To było tak: równo trzy lata temu, całkiem niespodziewanie, o godzinie szóstej rano dało się słyszeć "bdang!", a o 13.20 wyłonił się Buniozyl.
W sam raz na obiad, ale obiad go nie interesował, ani śniadanie, ani kolacja, podwieczorek, cyc, nic.

Urodził się i natychmiast zaczął się odchudzać, co kultywuje z powodzeniem po dziś dzień.

Skoro nadarza się okazja do wspomnień, napomknę mimochodem o tym, jak służba zdrowia czynnie nam przeszkadzała w cudzie narodzin usiłując w nas wbić kroplówkę z oksytocyną, nasyłając na nas w drugiej fazie porodu stażystkę z ankietą zawierającą fundamentalne pytanie o płeć i z miasta od ilu do ilu tysięcy jesteśmy; jak nas po miłym bujaniu na piłce położyła na jakimś koromyśle w pozycji dupa wyżej głowa niżej, od czego poród się zdziwił i ustał, i jak nam ubliżała, klepiąc nas po nodze, gdyż kawa jej stygła "Noo, przyj! Opalać się tu przyszła!", a może to był taki żart śmieszny, nie wiem, bo mi krew z mózgu odpłynęła na strategiczne pozycje zabierając tlen i poczucie humoru.

I tu orędzie do Narodu.

Narodzie! Ródź zawsze z osobą towarzyszącą! KONIECZNIE!

Jeśli nie chcesz rodzić z mężem/narzeczonym, bo źle znosi on sytuacje, w których jego żona/narzeczona ma dwie głowy: jedną w górze a drugą między nogami, to ródź, Narodzie, z ojcem/matką/siostrą/wujem/ciotką/bratem/przyjaciółką/sąsiadką.

W ostateczności z taksówkarzem.

Ródź z kimś, kto Cię obroni przed nienawiścią ze strony źle opłacanej służby zdrowia. Nie ma bowiem wdzięczniejszego obiektu do bezinteresownego znęcania się, niż absolutnie bezbronna ciężarna z wielkim brzuchem i gołym tyłkiem: nie ucieknie, bo niby dokąd, bo nie ma majtek, a poza tym i tak ledwo łazi.

No, ale było minęło.
Nie chowamy urazy (niemniej nie byłoby źle, gdyby OSOBY, KTÓRE MAM NA MYŚLI jednak gruntownie obesrało).

Buniozylu: STO LAT!

skomentuj (20)

wieczór konesera 2009-10-17 09:30:35

Fajne filmy wczoraj widziałam.

Oba udawały. Jeden udawał komedię romantyczną a drugi kino wysokich lotów. Oba bardzo udane.

Nocne rozmowy - ten, który udawał komedię, udawał już sam tytuł, gdyż bohaterowie udali jedną (słownie JEDNĄ) rozmowę nocną telefoniczną, ale za to dokładnie umotywowaną faktem, iż nocą taryfa sprzyja udawaniu nocnych rozmów.

Następnie udawane było wszystko.

Uawany był scenariusz, gdzie ciąg logiczny czy chociaż przyczynowo-skutkowy to za dużo dłubaniny, kino ma być lekkie, tak? więc wystarczyć musiał pretekst; udawani bohaterowie, którzy nie wiadomo skąd przychodzili, dokąd zmierzali i kim byli, przelatywali przez ekran jak deszcz meteorów, bez pretekstu, bez kontekstu, takse.
Tylko aktorzy nie udawali. Ale cóż oni mogli, kiedy film, w którym grali, udawał sam siebie?
Nic.
Ale za to śmiechu było za to co niemiara. Zwłaszcza śmieszna była scena, jak się seksoholicy spotykają, śmieszni ludzie, na śmiesznej sesji terapeutycznej i se, chichocząc, opowiadają o dupczeniu, chyba, bo nie pokazali, ale tak się widz domyślił i normalnie boki zrywał.
Ale za to w mrocznej niczym meandr ludzkiej duszy scenografii. Tak, że wiecie NIUANSE.

Dobra, no to pośmialiśmy się.

Teraz kino ambitne. Kieślowskopochodne. Kieślowskopodbne? Kieślowskoidalne?.
TV Polonia. Ono. Hit
Hm, hm.

To ja powiem tak: Jak Kieślowski opowiadał swoje historie, to ja mu wierzyłam. Może nie ślepo, bezkrytycznie, bo nie jestem bardzo fanką, może z niepokojem, ale wierzyłam mu na słowo, jak nic.

A tu jakoś nie chce mi się wierzyć. Niedowierzam. Albo dobra, wierzę w ogół, lecz irytuje mnie szczegół, co mi ten ogół mocno zaburza.
No bo, czy byliście państwo kiedyś u szklanego ginekologa? Takiego, co to nie tylko wszystko widać przez ściany, ale także słychać?
FALSE! - czerwony napis pulsuje pod czaszką i nic już potem z tym nie zrobisz, nie wytłumaczysz sam sobie, że to taka konwencja, licencja poetika, czy inne perpetuum mobile.

W dodatku efekt dramatyzmu był, albo kamera tak drżała bo operator też człowiek i czkawkę mieć mu wolno, w każdym razie oczopląs, dyskomfort i nigdy wiecej.

Umęczona zasnęłam i nigdy się nie dowiem, jaki był happy end.

Szkoda.

skomentuj (2)

co kto jubi 2009-10-16 11:34:42

Są tacy, którym niestraszne zimowe szarugi, którzy nie dostają spiralnej depresji na widok opadów sniegu, ba! radują sie nadchodzącym półrocznym kanałem z dupą świecącą na czarno w końcu długiego tunelu.

Kilku z nich mieszka u mnie w domu.

Największym entuzjastą białego (czy jak kto woli szarego, czarnego, zimnego, mokrego) szaleństwa jest Buniozyl.
Już zeszłej zimy, która, jak pamiętamy zakończyła się całkiem niedawno, żeby nie rzec przedwczoraj, skomponował pieśń żałobną pod tytułem: "Nie ma niegu".
Słowa proste acz rozdzierające:
(Allegro) Nie ma niegu, nie ma niegu, nie ma niegu, nie ma nieg!

A tu proszę: JEST NIEG!

Co za niespodzianka, zważywszy, że jeszcze 15 września, może odrobinę desperacko, ale zawsze, opalaliśmy tyłki nad Bałtykiem.

Czyli jesień sie nam trochę omskła.

Ale to nie problem Buniozyla.
Buniozyl jasno patrzy w przyszłość i powiada:

Mikołaj psiedaje pjezenti. Ty jubiś kafkę a ja piłke.

Jubię.

skomentuj (1)

z akt: straszny bałagan, dzieci śpiewają 2009-10-15 12:30:31

Okazalo się, że nie zdanżam na niwie wychowawczej. Zabiorą mi dzieci do placówek, a mnie samą niechybnie wysterylizują.

Bo podobno na drzwiach przedszkola wisiała informacja jak byk, ale ja niedowidzę, nie ogarniam czy coś, a może śniegiem sypnęło mi w oczy.
W każdym razie przychodzimy wczoraj jak gdyby nigdy nic, a tam KAŻDEN JEDEN przedszkolak w garniturze, cylindrze, lakerkach i z kwiatami, gdy my tu niezobowiązująco w gaciach z dresu i tiszercie w małpiszony, bez ferrero roszer czy kocich języczków chociaż.

Dobrze, że Buniozyl nie ma chwilowo pojęcia o konwenansach, więc przyjął to gładko na klatę. Ja w zasadzie też.
Jedynie Aramaj w takiej sytuacji by umarł, spalił się ze wstydu, oszalał, kazał by mi brnąć przez zaspy do wypożyczalni bombonierek i smokingów, ale już.

Bunizyl w ogóle chętnie łamie rozmaite tabu odzieżowe.

- Co to masz? - zapytał ostatnio ciekawie patrząc na matkę w dezabilu.
- Staniczek.
- O, ładny. Kupiś mi teś staniczek? W smoka?


Nie ma sprawy. Będzie jak znalazł na przedszkolne uroczystości.

skomentuj (4)

krecia walczy z bestią (i przegrywa) 2009-10-13 10:57:05

Zgasły światła.

- Akuku!
- Bestia zafilowała na Krecię slimak slimak pokaż rogi - Dzień dobry! - puściła zielone oczko.
- Spierdalaj - wycedziła Krecia przez zęby.

Ale było już za późno.

To, co ujrzała Krecia, wgryzlo jej sie w trzewia i spowodowało, iż zapragnęła ona zbić torebką po masce zarówno swój niesubordynowany samochód jak i Barona von Hindenburg, który nota bene złamał jej życie.

Okazało się bowiem, że ten tu oto przezabawny, wymuskany facet o wyglądzie stylizowanym na przedwojennego amanta argentyńskich superprodukcji, co to przed chwilą opuścił superultraluksusowy samochód, a obecnie pchający wózek rolls royce dla inglessina seria limitowana, takimi jeżdżą bliźnięta joli-pitt oraz pitt-joli, w garniturze od pierra cartierra z dzieckiem w środku w śpiochu od Kęzo, to ona już wie, kto to jest. I to odkrycie napełniło ją jadem i goryczą.

- Kurza dupa! - klęła w myślach bardzo szpetnie roztwierając maskę pojazdu w poszukiwaniu źródła awarii oświetlenia - Niech się innym wiedzie i mnie też, niech się innym wiedzie i mnie też, niech się innym...

No bo jak to jest możliwe, że Krecia, piękna, mądra i powabna, dłubie tym posranym śrubokrętem pod maską tego posranego samochodu, a jej piąteprzezdziesiate koleżanki, dobra, może ładne, może nawet i prześliczne, ale durnowate na pewno, wstrętne, glupie, złe, bez śladu zlotej myśli na twarzyczkach o odętych ustach, w oczach chabrowych za okularami guczczi versacze, jak sie okazuje wcale nie z targu, allegro, o nie, lecz z salonu limitowana seria optycznego, takie same nosi paris, lejdi di i lejdi gaga, więc te glupie zołzy, córki sprzątaczek, pomywaczek, pakowaczek, samotnie wychowujących w wiekuistym deficycie, więc te małpy wychodzą za mąż za potentatów finansowych w skali mikro bo mikro, ale jednak, a Krecia oczywiscie musiała wyjść akurat za Barona von Hindenburg! Bez jednego logo!

Uroniwszy bezpośrednio na blok silnika siną łezkę żalu nad swym losem podłym, Krecia zatrzasła maskę z tak wysoka, iż jej się nieomal samochód złamał i odjechała w nieznanym kierunku, gdyż od tej chwili było jej już dokładnie wszystko jedno.

Świecą, czy nie.

skomentuj (4)

wję, szję 2009-10-09 22:07:57

Wszystkie zarazki spełzły na mnie i oto szczekam jak stado hien, zwłaszcza nocami.

Celem postawienia tamy rozpełzającej się zarazie urządziłam sobie izolatkę w pokoju Aramaja. Przebiłam sobie wąską ścieżynkę na tapczan w otoczeniu hekatomby w składzie skarpety, książki, papierki po słodyczach, flet, trampki, strój gimnastyczny, strzepłam plażę z prześcieradła
i ległam oto.

Obecnie zgłebiam metamorfozę Waldka Mandarynki.

I było by bardzo miło gdyby niepewien szkopuł: okna pokoju wychodzą na ulicę a tam, bladym świtem zakwita życie towarzyskie i gada głośno, zamiata upierdliwie, zapuszcza silniki pojazdów zaparkowanych szczelnie na półpiętrze, a koło 6.30 nadjeżdża ciężki sprzęt by ryć.
I niechby sobie rył po cichutku, to nie. Co zaryje to cofnie, a co cofnie to zapiszczy.
I tak oto wypoczywam w kakofonii pisków, zmiotów, uruchomień, trzaśnięć, zaalarmowań, zaryć oraz plot.

I szczekania hien.

skomentuj (4)

hm, hm 2009-10-06 11:27:00

Nudno, zimno a w dodatku w telewizji podali pierwszy odcinek "Domu nad rozlewiskiem".

Czy tylko ja poczułam zdumienie na widok?
I sie zmarszczyłam (ostatnio strasznie się marszczę na pysku) składając twarz w minę: WTF?
No dobra, powiedzmy, że nie obserwowałam bacznie, gdyż coś tam kleciłam, jakieś robótki ręczne, mereżki czy richelieu, ale ogólnie co spojrzałam, to zgubiłam oczko. I to WTF mi szpeciło rysy.

No dobra, nie czytałam książki, księgi, woluminu, czy księgozbioru raczej. Czyli gówno się znam.

Ale to, co ujrzałam na ekranie, minimalnie przeszło ludzkie pojęcie w mojej subiektywnej samoocenie.

Bo tak:
Najpierw pani Brodzik, co to jej się po dzieciach rysy twarzy wyostrzyły (też tak macie?) spaceruje skandalicznie wyondulowana.
POWTARZAM SKANDALICZNIE.
Rozumiem jednakowoż, że był to celowy chwyt stylistyczny, coby właściwie zaakcentować przemianę, która sie dokona w czterdziestejpiątej minucie pierwszego odcinka ekranizacji dzieła.

Ale nie uprzedzajmy faktów.

Zatem nasza piętrowo wyondulowana bohaterka Malgorzata, jest kobietą posiadajacą córkę, którą kocha i rozumie, podczas gdy tamta tak przepięknie śpiewa eposy o wybujałej treści filozoficzno-obyczajowej, iż wszyscy w klubie stoją oniemiali z zachwytu.
No i ma męża, w senie Brodzik, w sensie Malgorzata, tego starego od Dereszowskiej, co to pali przy nieślubnym dziecku, gnój, ale to w życiu prywatnem, gdyż  na wizji racza sie oni koniaczkiem ze Zofią Kucówną w czasie kiedy główna bohaterka zażywa maseczki starego litewskiego przepisu.
czemuż ach czemu, zapyta ktoś ciekawie.

Ano temu, że coś brałai i miała wizję, ale o tym później, gdyż muszę pilnie wyjść.


skomentuj (10)

jesień 2009-10-03 00:26:43

Bunio jest JASNY.
Krystaliczny, przejrzysty, słodki

Muszę szybko odnotować, zanim jego blask przygaśnie, stłamszony cynizmem, konformizmem, znaniem się na życiu.
Nim go zatruję swoim czarnowidztwem, nim go brat sprowadzi na ziemię.
Brat już zakumał, co jest czym czego, jego niewinność wchodzi w wiek schyłkowy.
Na pytanie "gdzie?" odpowiada bezbłędnie "w aucie".

Chcę być Buniem.

---

Wszystkim, którzy, jak ja, pragną Być Jak Buniozyl, proponuję krótki kurs języka buniozylowego.


piciuwoda - piciuwoda
z czego śmieszysz się?
jajko dopodziankę
kukola - kokakola
idziesz sami? - idziesz ze mną?
a co to robiom pany?
fantazja - fontanna
zagoi się, dobra?

Ale jujiciek, fajny jujiciek, jawda?

---

Wszystkim chcącym Być Jak Buniozyl należy sie jednak pierwsze ostrzeżenie.

Buniozyle są uparte i czasami płacą za to najwyższą, w buniozyloskali, cenę.
Potrafią, weźmy, kopnąć nogą w zupę, negując jej podaż.
A ogólnie wiadomo, że jak duży nie wie co powiedzieć, to bije.
Zwłaszcza ten oblany od stóp do głów pomidorową z makaronem
nie wie, co powiedzieć.

skomentuj (3)

po co to, z tą kwotą? 2009-09-30 22:39:43

Jestem stara.

Poznaję to po tym, że kiedy byłam młoda, podobała mi się oferta sklepów meblowych IKEA, a nie nęciły wytwory rodzimych rzemieślników, producentów wzorzystych kiełbas tapicerowanych zwanych na wyrost kanapami.
Teraz kiełbasy są coraz bardziej w moim guście, a IKEA coraz mniej.
Stara jestem.

Jest jeszcze inny symptom. Kupiłam dziś zestaw sztućców na 12 osób, wraz z, uwaga, WIDELCZYKAMI DO CIASTA!
W życiu nie miałam ani jednego widelczyka do ciasta!
A teraz mam. Dwanaście. Czy to nie przerażające?

Ten nagły atak drobnomieszczaństwa próbuję usprawiedliwiać faktem, iż obserwujemy niedobory ze strony sieci wodociągowej, w następstwie których nie mam czym konsumować wuzetki, kremówki wadowickiej lub napoleonki. ZGROZA!

Swoją drogą to zadziwiające, jak niewiele wody potrzeba, aby obsłużyć czteroosobowe gospodarstwo domowe.
Wczoraj musiał mi wystarczyć półlitrowy garnuszek po mleku, który, jako kucharka doskonała, zalałam z rana wodą celem odmoczenia.
I co? Po południu był jak znalazł. Na tej samej wodzie najpierw ugotowałam, potem pozmywałam, następnie wyprałam, wypłukałam i jeszcze dzieci wykąpałam. Okna bym także umyła, ale jak na złość spadł deszcz. I mnie ubiegł.

Z tą wodą zresztą świetnie się składa, gdyż za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze nakupię sobie leków przeciwgorączkowych.

Dziś Aramaj: 39,5.

Ach, nie było by to aż tak zabawne, gdyby nie fakt, że jutro ma wycieczkę.
DWUDNIOWĄ.
A żeby już w ogóle można było pęc ze śmiechu, koszt wycieczki wynosi 180 zł. Bezpowrotnie utracone 180 zł.

Normalnie, ubaw po pachy!



skomentuj (7)

nie ma tego złego 2009-09-28 21:57:26

Jak we wojnę, pani kochana!

Wody nie ma od rana, ZNOWU, szkoda, że ZNOWU całkiem znienacka.
Nie mam serca spłukiwać klozetu żywcem zdrojem, ale chyba nie ma wyjścia, jeśli nie chcę paść tu trupem na dur brzuszny. Oraz tyfus.
Fryzura moja także do najświeższych nie należy. Muszę jutro zasięgnąć języka w spółdzielni, czy warto zainwestować w perukę, nim owa szumna "inwestycja, o którą zabiegaliśmy o kilka lat" zrujnuje mi pijar do szczętu. Nie będąc w posiadaniu ani jednego czystego widelca, łyżki ani noża i zmuszona będę, niejako przy okazji, zadźgać zarząd brudnym sztućcem.

Ponadto drozofila melanogastra rulez. Bo nie ma lodówki. Odłączyłam truchło od respiratora gdy tylko okazało się, że przeszło na tryb grzewczy. I teraz koleżanki duże ślinianki opanowały domostwo. Powoli wypierają nas za drzwi.
Ale mamy asa w rękawie, bo jutro po czternastej ma przyjechać nówka sztuka. Gwarancja 24 miesiące. Bardzo jestem ciekawa.

Tak więc wody nie mam, lodówki nie mam, ale nie jest tak żle, bo jest coś co mam: mam chore dziecko.
Przedszkole zadzwoniło, że mam sobie to dziecko wziąć.
To wzięłam.
I mam.


A teraz z innej beczki:

skomentuj (2)

terapia indywidualna 2009-09-25 12:00:58

Czy jesteś w ciąży? Sprawdź bez wychodzenia z domu.

Co mi tam, pomyślałam sobie, skoro bez wychodzenia z domu, to sprawdzę. A nuż tu sobie siedzę i jestem, a nie wiem. Lepiej się upewnić, niż za dziewięć miesięcy dać się zaskoczyć, nie?

Już pierwsze pytanie "teściku ciążowego", przyjemnie mnie zagięło:

Chcesz dowiedzieć się czy jesteś w ciąży?

Nie, chcę kupić krawat męski, psia kostka. Oczywiście, że usilnie pragnę dowiedzieć się, czy jestem w ciąży!

Brawo ! Odważna decyzja!

Nooo, to struchlałam. Skoro chęć dowiedzenie się o fakcie bycia w ciąży jest aktem wielkiej odwagi, to czy niechęć przyjęcia tego do wiadomości jest przejawem podłego tchórzostwa? Niecną próbą uchylenia się od ciąży poprzez rozmyślny brak wiedzy o w niej byciu ?

Czy zauważyłaś zmiany w gruczołach piersiowych?

Hm, hm. Ale, że co? Konkretnie o jakie zmiany chodzić może? Generalnie gruczoły uległy pewnym zmianom w następstwie czasu, ale - sama nie wiem. Gruczoły jako takie zresztą nie są widoczne gołym okiem, zatem się waham. To jestem w tej ciąży, czy nie?

Czy masz od pewnego czasu podwyższoną temperaturę ciała (ponad 37 stopni celsjusza)

Nie wiem, od pewnego czasu nie mierzyłam. Ale mam kaszel, może być?

Czy zauważyłaś pojawiające się rozstępy ?

Szczerze? Tu i ówdzie zauważyłam. Czy takie sprzed lat dziesięciu się liczą?

Czy miewasz ostatnio nudności lub wymioty...

Skutkiem rozwiązywania teściku byłam już naprawdę bliska bycia w ciąży, gdy wtem, na samym końcu, w momencie szczytowania, rzec by można, okazało się, że muszę wysłać SMS z kodem na numer. Wiadomość ta podziałała na mnie jak brom, z jasnego nieba.
Wobec powyższego nie wiem, czy jestem w ciąży, i, co gorsza, nigdy się nie dowiem.

Poza tym nic się nie dzieje. Tylko kara musi być, więc w zamian za (fry)wolną środę miałam kaszlowy czwartek i smarkowy piątek.

Terapia powyższych schorzeń przebiega z użyciem gwałtu, nie czarujmy się. Pacjent jak się uprze - to nie. Zatem zachodzi potrzeba rozwiązań siłowych.

Wyróżniamy dwa typy gwałtu: gwałt indywidualny i zbiorowy.

Gwałt zbiorowy jest wtedy, gdy część osób trzyma za rączki, część za nóżki, a pozostali (przy życiu) wlewają medykamenty.

Gwałt indywidualny jest wtedy, gdy jestem sama w domu i nie ma kto przytrzymać ofiary.
Pacjent (ang. patient - CIERPLIWY) nie daje się nijak przekonać po dobroci, jest nieprzekupny i głuchy na argumenty za dobrowolnym przyjęciem łyżeczki syropu.

Wówczas robimy tak: Przygotowujemy sobie strzykawę ze starannie odmierzoną ilością mililitrów leku pod postacią syropu, plus mililitry przeznaczone na stłuczki, czyli na wściekłe wyplucie.
Następnie zatrzaskujemy ofiarę z żelaznym uścisku siadając jej na klacie tak, aby rączki nie machały i nóżki nie kopały, a całość nie mogła się obracać twarzą do materaca. Dalej: zatykamy nos, dzięki czemu otwierają się usta, do których wlewamy pod ciśnieniem zawartość strzykawy. Pozbawiony dopływu tlenu pacjent, połyka część leku. Wówczas puszczamy nozdrza i zeskakujemy na podłogę. Uciekamy, zwinnie uchylając się przed bryzgiem syropu z części przeznaczonej uprzednio na straty.
Następnie przepraszamy, całujemy, myjemy buzię i wręczamy cukierka. Wracamy po czterech godzinach.

Ciekawi mnie wszakże, czy pacjent da się złamać. Na razie walczy dzielnie.
Ale nie takich my łamali!
Poprzednie dziecko my tak wytresowali, że teraz bez mrugnięcia powieką wszystko łyka.
Nawet tran o smaku kutra rybackiego. Z łyżki. Dużej.
Niedobrze mi, jak o tym piszę.

Ha! Mam mdłości!
Coś jednak jest na rzeczy.

skomentuj (8)

pierwszy dzień wolności 2009-09-23 09:50:39

Siedzę tu ostrożnie, przycupnięta na krześle, torebusia na podołku, prawa noga wystawiona w pozycji do startu gotowi hop.
Rozglądam się czujnie, czekam.

Stary outside, bachory odpowiednio w przedszkolu i szkole.

Nienawykła jestem, stąd pozycja boczna ustalona. Muszę rozluźnić szczęki i zastanowić się, co w takiej sytuacji można by przedsięwziąć.

Można by a: posprzątać, ale bez przesaaady.
Można by b: poczytać, ale nie wiadomo od czego zacząć.
Można by c: pospać, ale szkoda czasu.
Można by d: oddać się bez reszty szałowi konsumpcji, ale wrzesień miesiącem oszczędzania, lub, jak kto woli, ruiny finansowej.
Można by e: się wykąpać w wonnych pianach, ale zabrali ciepłą wodę.
Można by f: zaparzyć kawę i zapalić papierosa, ale się nie pali.

Trzy długie lata czekałam na ten dzień. Więc to tak wygląda spełnienie marzeń?!! (szloch)

Cobytu? Cobytu? (panika)

Mam! (fanfary)

Aby uczcić tę niezwykłą okoliczność, pozwolę sobie dziś na wielki kawał perwersyjnego luksusu:

POSIEDZĘ I POGAPIĘ SIĘ W ŚCIANĘ!!!

skomentuj (7)

chill ---> out 2009-09-21 10:14:56

Taka dygresja mję naszła na zadany temat stara miłość nie rdzewieje cośtamcośtam.
Otóż, u mnie na slonym jeziorze pradawnych uczuć same wraki się kolebią, nie wiem czemu.

Może dlatego, że, jak twierdzą byli niedoszli, nie potrafię kochać?
Może nie potrafię.

A może umiem, ale w życiu się do tego nie przyznam.
Może.

W końcu miałam, jak każdy, trudne dzieciństwo.

A może, niczym modliszka, wyssałam podstępnie wartościowe składniki odżywcze z zaprzeszłych partnerów i teraz nie mam po co wracać? Bez serc bez ducha to szkieletów ludy. Nie ma w nich już witamin i minerałów.
W każdym razie, na samą myśl o powrotach pusty śmiech mnie ogarnia.
No, ale ja jestem zwichrowana. Proszę się nie sugerować i sobie wracać. Smacznego.

Poza tym mam bardziej ważkie problemy, aniżeli kazirodczy pociąg do, w większości spuchłych i wyliniałych, panów z brzuszkami, żonami, bachorami, psami, kredytami hipotecznymi i nerwicą seksualną.

Zepsuła mi sie lodówka. Nieodwracalnie.

Myślałam chełpliwie, że co jak co, ale lodówkę posiadam zacną.
A tu dupa. Z tyłu.

Odemnie, co prawda, wieje zimnym chłodem, nawet to jednak nie wystarczy, aby zmrozić lód do drinków i paluszki rybne.

Lodówki, okazuje się, są obecnie jednorazowego użytku, jak plastikowe sztućce, czy coś. Różnią się jedynie nieznacznie ceną.
A i trwałość widelce mają jakby dłuższą od lodówek. Tyle różnic.

- Jak to możliwe? - ktoś zapyta - Moja babcia posiada lodówkę MIHCK od lat trzydziestu i hula!

MIHCK hula, a moja nie hula. Wyciekło jej. Przez dziurkę. I do widzenia.

WSZYSTKIM WAM WYCIEKNIE!!! Więc uważajcie.

Podobno teraz wszystkim wycieka. Pan w serwisie, zapytany, czy to możliwe, żeby wyciekło po zaledwie sześciu latach, rzekł: Paaanie! Toś pan miał szczęscie, że po sześciu. Innym po roku wycieka!

Tych z Państwa, którzy jeszcze o tym nie wiedzą, spieszę uświadomić, że żywotność nowomodnych lodówek obliczona jest na lat pięć. Ament.
Podobno winien jest gaz, który krąży. Wygryza on dziurki w układzie krwionośnym chłodziarki. I wycieka.
Kiedyś freon wygryzał dziurę ozonową. I to niby było gorzej.
Osobiście nie potrafię zająć stanowiska w tej sprawie.

Wolałabym zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko.
Mieć sprawną lodówkę i pust' wsiegda budiet' sonce.

Ale sie nie da.

Naprawa urządzenia jest możliwa, ale jej koszt wyniesie około 1000 zł. Kupno nowej lodówki za tę kwotę również jest możliwe. Ale to będzie, nie czarujmy się, nieco mniej udany model.

Do tego dochodzą jeszcze czynniki emocjonalne. Może nie potrafię kochać mężczyzn, ale lodówki jak najbardziej. Więc, jak pomyślę, że moja wydizajnowana, srebrzysta lodówka, z lampkami, funkcjami, coolboxami, szufladkami, półeczkami i dzyndzelkiem na wino, moja duma i chluba ma spocząć na złomowisku pośród starych garnków, rur, sprężyn i kaloryferów, to szlocham.

Wydaje mi się wówczas, że wiem, co czuł Romeo widząc na katafalku martwą Julię (i vice versa).

No rozpacz.

skomentuj (5)

księga gości
listy



Archiwum