napij się jeszcze herbaty, alicjo

Dodano 18 września 2012, w Bez kategorii, przez autor

Doszły mnie słuchy, że spakowałam manatki i uciekłam cichaczem nie zostawiwszy nowego adresu.
Otóż usilnie pragnę tę pogłoskę zdementować: nieprawdą jest jakoby.
Ale gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to istnieje droga na skróty – trzeba iść za białym królikiem. Albo czarnym kotem. Zresztą, w nocy wszystkie koty są czarne.

Podążajcie zatem za mną…

 

Cum szajse

Dodano 10 września 2012, w Bez kategorii, przez autor

To już.
Szkoda słów. Może chociaż da się wyłączyć tę reklamę, najczęściej opla, co tam straszy u góry?
Przetrząsnęłam cały kokpit i nic nie znalazłam, chyba odrąbię siekierą górę monitora.
Jeeezu!

 

naciśnij klawisz escape

Dodano 10 września 2012, w Bez kategorii, przez autor

Strasznie się boję.

Obawiam się, że któregoś dnia, który już tuż, wejdę na blogusia i wtem ujrzę go w „ulepszonej” oprawie.
I nic już nie będzie takie samo.

Mój wypielęgnowany hateemelową krwią i blizną szablonik, wyjałowiony, wybielony, wyprany i wyprasowany w kancik przestanie istnieć, a na jego miejscu pojawi się ten w atrakcyjnej, nowoczesnej formie, z dużą ilością podkreśleń, guzików, wykrzykników, ramek, sramek i wszelakiego szajsu. Z, laboga, flaszową reklamą mrygającą z góry.
Moją świątynię dumania chuj strzeli, a w jej miejscu zbudowany zostanie szkaradny lunapar. Teoretycznie mogłabym zapłacić pieniądze i mieć czego dusza zapragnie, ale jestem sknerowata i wolałabym przenieść swe złote myśli gdzie indziej, co z kolei okazuje się być niemożliwe, gdyż źli ludzie ukradli guzik „export” z panelu wordpressa!

Nooo, gdy to ujrzałam, oko mi zadrżało w dwójnasób i teraz jestem OBRAŻONA. Nie lubię, kiedy się mnie traktuje w ten sposób. Rozumiem, że nie było można eksportować treści z blog.pl – starogracka platforma nie dawała takiej możliwości. Ale żeby zabrać wordpressowy guzik i celowo go schować?

Oj, onecie, twoja mama będzie mi to prała!

I teraz dyszę chęcią zemsty i knuję, jak się wymotać z zachłannych macek grupy onet.
Ktoś wie?

 

No więc aparat okazał się być nie komifo i ostało mi się tylko osiemset zdjęć, głównie konceptualnych – śmieci na podłodze, czyjaś lewa stopa, nic z glamuru, molo i pozowania z wciągniętymi plecami. Tak, tak, plecami, mam grube plecy, czuję to, gdy wzruszam ramionami podchodzą mi pod uszy, powyżej uszu, ale co się dziwić – dieta typowo nadmorska: kebab ze świńskich ogonów, flądra w betonie z paniery, zapiekanka xxl na bazie polimerów okraszona keczupem no tomato z farbki plakatowej, pizza niesmaczna jak żart, jak podłożone na papierową tackę gumowe rzygi, fabrycznie czerstwe pieczywo, spulchniacze i polepszcze uformowane w gofrownicy. Woń frytury i waniliny. Festiwal glutaminianu i podrabianych ziemniaków. Koślawa świątynia wypoczynku w aureoli szarych, brzęczących świetlówek. Kraina paździeżu, oszczanej kostki typu bauma, obowiązkowych lampionów szczęścia (zapluć, zatrzeć, zapalić), eremefu maxxx i niemuzykalnych zespołów densingowych o szerokim spektrum. Dla każdego coś miłego. Wyprzedaż świata. Lukratywna oferta: wszystko za pięćdziesiąt złotych. Dają, to brać. Biorę…

 

flip horizontal

Dodano 6 września 2012, w Bez kategorii, przez autor

 

doctor lecter

Dodano 11 sierpnia 2012, w Bez kategorii, przez autor

- Mamusiu, zrobisz mi sówkę?
- Jestem zajęta. Dlaczego sam nie zrobisz?
- Bo nie umiem.
- Ej, nooo. Przecież ty wszystko potrafisz!
- Wcale nie wszystko: nie umiem żelazka.
- Jak to: nie umiesz żelazka? Prasować?
- Nie. Zrobić.
- Zrobić? Z czego?
- No, z  c i a ł a.

 

remis?

Dodano 20 lipca 2012, w Bez kategorii, przez autor

Jeszcze nie wiem, co mi się przyśni, ale spełniłam dwa uczynki – zły i dobry.
Dobry i zły.

Zamurowałam żywcem osy na balkonie. Aniołek spuścił główkę.

Ścigałam po drogach i bezdrożach babę z dziećmi, żeby jej donieść, że nie ma świateł stopu. Oraz lewego takiego co świeci na czerwono. Takiego lewego tylnego czerwonego. Aniołek podniósł główkę.

Baba zresztą podziękowała serdecznie i pojechała sobie w siną dal. Jej dziatki pomachały świeżo poznanej cioci, inni kierowcy odtrąbili hymn na moją cześć na swych waltorniach myśląc: Jedź, pizdo!

Te osy, które nie wróciły tamtej nocy do domu przychodzą teraz na grób swych sióstr i pukają. Drepcą. Zaglądają do ustępów. Ceglanych. Nic z tego nie rozumieją. Przecież to było TUTAJ! Lęk i rozpacz rysują się na ich szczękoczułkach. No żal.

Nie było to specjalnie humanitarne i sumienie trochę kąsa, ale co było robić? Ruch na tarasie był wielki, osia fiesta, część buszowała w pelargoniach, inne celowały dżipiesem do dziury w murze. Osobniki młode, te co bardziej niedorobione, łaziły po domu, spały w ręcznikach w łazience lub oddwały duszka owadziemu bogu byle gdzie, co krok spotkać można było trupka na podłodze czy parapecie. Więc wzięli my ze Starym gips, zmówili wieczny odpoczynek i hasta la vista, babies!

Kiedyś w tej dziurze mieszkały trzmiele i to było git, nosiłam im miodzik w kobiałkach, ale którejś wiosny nie zjawiły się, albo umarły, potem to mieszkanie stało puste, a w tym roku wprowadziły się osy. Na swoje nieszczęście.

Z osami osobiste doświadczenie mam takie, że niewiele brakowało.

Czasem myślę o innych ewentualnościach, o tym, że może było inaczej, a potem reload jak w grze i ile jeszcze żyć zostało do game over.

Nie jest bowiem do końca wyjaśnione – spadłam, czy nie spadłam z kuchennego stołu służącego za przewijak. Moja własna Katarzyna Wu mówi na ten temat nie do końca klarownie i jasno, coś, że złapała, ale nie wiem, czy czuję się tak całkiem złapana. Może nie złapała. I wtedy po raz pierwszy umarłam. A po raz drugi może wtedy gdy połknęłam osę pijąc słodką kawę zbożową wprost z dzbanka, i jeszcze raz, kiedy wypadłam z pierwszego piętra, z okna balkonowego. Upadłam na plecy, podniosłam się, otrzepałam sukienkę, a obok mnie powiewały moje włosy na ostrych palach sztachet płotu.

Pięć centymetrów w lewo i jaka róznica.

Ot, fizyka.

 

lipiec srypiec

Dodano 17 lipca 2012, w Bez kategorii, przez autor

Tak się czasami obawiam zachodząc w panel, że mnie zdemencjonuje i zapomnę, na śmierć zapomnę hasła do swegu blogu. I co?

Raz już tak miałam: zapomniałam numeru telefonu do domu. Nie był
skomplikowany, sześciocyfrowy plus kierunkowy – specjalnie w celu
wykręcenia go udałam się na pocztę w miejscowości nadmorskiej, ale po
drodze przytrafiły mi się ze trzy piwa i na śmierć zapomniałam. Stałam w
tej dusznej, przepoconej kabinie z paździerzu na olejno i marszcząc
czółko pracowicie przypominałam sobie. I nic. Nie zadzwoniłam tego dnia
donikąd z wiadomością: Kochane pieniądze przyślijcie mi rodzice.

Bosz! To były piękne czasy, zewsząd fridom i powiew wiatru we włosach
bląd, flirt i alkohole, japierdole, a teraz od lat nie miałam tak
niezobowiązująco jakichś ułamków procentów we krwi, gdyż jako osoba
dorosła i odpowiedzialna dorosłam i odpowiadam: nie, dziękuję –
parafrazując utwór: Jestem, jestem wszystkim, jestem samochodem,
tylko sobą być, sobą być nie mogę
, gdyż jutro czekają mnie: dom, praca,
mąż, dziateczki, obowiązki, zobowiązania, konieczności, terminy i
niedoczasy.

Dobra. Nie drapmy ran.

Z innej beczki: Urodziny miałam… albo nie drapmy.

To z jeszcze innej: U okulisty byłam. Mówię - Jak mi młodzi artyści dzieło sztuki pod nos
podstawią – nie widzę.
Pani doktor spojrzała w rubrykę i rzecze – No cóż, sądząc z rocznika, może już się tak zacząć dziać. Jednak skutkiem odpowiedznich badań, w których wypadłam zadowalająco orzekła – TO JESZCZE NIE JEST STARCZOWZROCZNOŚĆ. Jak miło. Aby jednak nie pozostawić mnie w stanie zbytniej pychy i samozadowolenia dodała – To się może jednak zmienić NAWET W CIĄGU KILKU MIESIĘCY.
Super. Mam czas, by wytresować labradora.

Ktoś pytał, co u celebrytów?

Otóż jest smaczny kąsek z pierwszej ręki. Mąż mój mianowicie szedł razu
pewnego ochockim zaułkiem, patrzy, a tu naraz wózek stoi dziecięcy w
poprzek na środku ulicy, a w wózku dziecko nieskrępowane szeleczką
raczkuje ku asfaltowej przepaści. Przyspieszył on zatem kroku mając w
pamięci ostatnie medialne wypadki, by w razie konieczności,
przedzieżgnąwszy się naprędce w strój supermana, złapać kruszynę
milimetr nad ziemią. I już – już miał rozsznurować buty, gdy wtem z
bramy luksusowej połowy willi neoclassicistique wyłoniła się Mucha Anna i rzekła: Czy mógłby mję pan pomóc wnieść wózek na schody?

Pytam męża, jak znajduje Muchę Annę. Mała – mówi. I głupia.

No widzicie. Nie ma co hodować kompleksów. Każdy może zostać Anną Muchą. Zwłaszcza ci mali i głupi.

 

To mają w końcu te Cichopki ten kryzys, czy nie? Bo mi to spać nie daje.

Ja na przykład mam, nieustający i też mogłabym o tym pewnie w wiwie poopowiadać za drobną opłatą, aczkolwiek czegoś mi brak, jakiegoś imperatywu, któren kazałby mi ściagać majty przed szerokim gremium.

W ogóle mam problem z majtami. Tzn mam i nie mam, bo gdy idzie o obnażanie pulardziej cielesności na plaży naturystów to włala, ale kiedy mam sobie szukać nowego gina, to nie wiem, komu zawierzyć kwiat mego sekretu. Nie żeby zaraz oswojony doktor – nie taki stary w końcu – zgasł. Nic z tych rzeczy. Po prostu dzwonię nie dalej jak wczoraj do jego niepublicznego zakładu i zapytuję o randewu. Pani recepcjonistka na to, czy mam życzenie, aby była to wizyta prywatna u doktora Jekyll’a czy refundowana u mistera Hyde’a. Ja na to jak najchętniej, że niech enefzet, mon amour, zrewaloryzuje Hyde’owi, w końcu na szto ja jewo haduju? Prasz – mówi pani – pjentnasty listopada godzina pjąta minut trzydzieści.
Hell yeah!
Zatem albo pacjentko stówę kładź na stół, albo giń od ataku rzęsistka,
chlamydii, kłykciny kończystej, cysty, nowotwora – niepotrzebne
skreślić. I to jest rzecz znowu nowa – dotychczas okres oczekiwania na
wizytę wynosił od miesiąca do dwóch. Obecnie należy się uzbroić w
półroczną cierpliwość. A gdybym była w trzecim miesiącu ciąży, to co? To
się w ogóle nie zobaczymy? Swoją drogą niezwykłą jest ta przemiana, jaką oschły i nieprzystępny Hyde przechodzi pod wpływem ogrzania walorem – przyjąwszy sto złotych zamienia się w osobę cierpliwą i skłonną nawet do cienia usmiechu.

Też to mam. To jezujaksięciesze.

I z panią adwokat zadzieżgłam wczoraj rozmowę w piaskownicy.
Pani mecenas charakteryzuje się mężem adwokatem, kancelarią adwokacką, gigantycznym białym BMW i torebką z młodego krokodyla czy innej gadziny w łuskę.
I gdy tak sobie ćwierkałyśmy na placu zabaw o plusach i minusach wakacyjnych dyżurów przedszkoli miejskich, pani mecenas wyraziła ubolewanie nad faktem, iż w zeszłym sezonie jej syn uczęszczał do placówki w ciągu miesiąca tylko przez dni sześć, skutkiem czego była ona stratna finansowo (tak na oko jakieś 70 złotych). Zastanawiam się, czy jej żal nad utraconą bezpowrotnie kwotą był autentyczny, czy też pragnęła przez chwilę podzielić plebejski ciężar niedomogi finansowej i widma mopsu, ażeby znaleźć jakiś wspólny temat do narzekań z kobieciną z ludu. Nie wiem, ale mi jakoś nie licuje żal nad siedmioma dychami z powagą urzędu i z pojemnością silnika. Ale może się nie znam. Może morał z tego jest inny – oszczędzają bogaci i nam też się opłaci.

I tego się trzymając – idę.

 

  • RSS