rzepicho siądź przy kołowrotku

Dodano 16 czerwca 2012, w Bez kategorii, przez autor

A bo ja zasadniczo bardzo lubię te wielkie projekty – MALOWAAANIE!

O, w tym się wyrażam. Bo też i efekty są spektakularne – może nie zaraz na lata, ale przynajmniej na tygodnie, nie zaś jak w przypadku gotowania – zeżrą albo nie i cześć. Że o sprzątaniu nie wspomnę. Cześć.

Zatem gdy pomalowałam wnętrze od okna w kierunku drzwi tak do połowy kubatury (gdyż przesuwam się metodą od prawej do lewej, malusi wałeczek mam, malusią kuwetkę i jadę), a potem siądłam, to normalnie wyglądało, jakby od strony drzwi burza nadchodziła. Łał. I pomyśleć, że od dawna mogłam się nie czuć jak w grocie z Lascaux. Mogłam zatłuc starego, truchło zamrozić i nie czekać, aż się skusi. Bo się NIE SKUSI i co pan mu teraz zrobi? Gdyż ma w dupie syf ścienny z malarią, nie robi on na nim najmniejszego wrażenia i o co w ogóle kaman? Jest zajęty/zmęczony/pracuje/jutro/już malował. Wszystkie chłopy tak mają?

Chociaż nie, nie wszystkie. Osobiście znam jednego, który o każdą odbitą na lamperii czekoladową dłoń awanturuje się krwawo. I choć jest to typ znacznie bliższy mojej osobowości (z tym, że ja zabijam niekonsekwentnie, o co drugą) to z dwojga złego już lepszy jest maniana boj, któremu to loto. W końcu jak się ma wałeczek i kuwetkę (oraz wibrator), można się samemu obsłużyć, a życie w permanentnej obawie przed nutellą zakrawa jednak bardziej na opresję.

Tak więc rozpoznaję u siebie męską płeć mózgu, zamiłowanie do majsterkowania oraz czynności do-it-yourself i jedyne co mi przeszkadza w rzuceniu się w wir kowalstwa to wątła, żeńska cielesność. Gdyby nie ona zbudowałabym dom, posadziła drzewo i spłodziła syna.

Albo trzech: Lecha, Czecha i Rusa.

 

kapitalizacja pozytywnych emocji

Dodano 15 czerwca 2012, w Bez kategorii, przez autor

Jednak zamiast szarej pleśni mamy mszyce. Albo oprócz. Chyba powinnam znależć sobie inne hobby – na przykład hodowla płazów lub gadów. Czy to choruje?

Moja siostra Sister ma węża – straszliwego dusiciela in spe. Miła gadzinka, jak dziecko podrośnie, będzie miało się z kim bawić. Na razie wąż dusiciel siedzi w kątku i chrupie mrożone mysie płody z blistra pakowane po dwanaście, co daje 100% rocznego wężego zapotrzebowania energetycznego. Należy tylko po obiedzie nastawić kalendarz w telefonie, żeby zadzwonił za 30 dni na podwieczorek. To by mi nawet odpowiadało, gdyż z taką mniej więcej częstotliwością podlewam swoje rośliny doniczkowe z działu interior. Dział exterior jest fhuj podlany i to też źle, co się niejako wpisuje w moją życiową dewizę, która głosi: WSZYSTKO ŹLE.

Poza tym mam anginę, co jest moim drugim, po podlewaniu, ulubionym zajęciem.

Podobno nalaży odbyć pięć angin w roku, żeby zostać wstępnie zakwalifikowanym do usunięcia migdałów. To prawie tyle, co wąż myszy. Ciekawi mnie wszakże, czy przez „rocznie” rozumiemy dwanaście miesięcy, czy rok kalendarzowy? Znając przychylność NFZtu zapewne wymierzył tu jakąś sprawiedliwość i czerwcowe anginy się nie liczą, bo skończyły się punkty, natomiast te grudniowe przechodzą na styczeń i poprzednie cztery, niewykorzystane, przepadają – zaczynamy liczenie od nowa.
Jako gorliwa katoliczka tak bym się znowu nie garnęła do tego usuwania, ale Balladyna mówi, że życie bez migdałów jest naprawdę piękne. No to może w Niemczech. U nas jest inna polityka – proanginna.

Dobra, to sobie kwadransik pochorowałam, a teraz idę malować przedpokój. Choroba chorobą, ale nikt tego za mnie nie zrobi. Literalnie NIKT. Gdy zaproponowałam tę czynność Staremu, to się obraził, i powiada, że dziękuje, już malował. Jedno malowanie w życiu w zupełności go satysfakcjonuje.

I tego mu okropnie zazdroszczę.

 

pogoda dla bogaczy

Dodano 14 czerwca 2012, w Bez kategorii, przez autor

Tak paczę na tego Pudla i się zastanawiam – skąd te celebryty w stolycy mają taką sprzyjającą aurę?

Mucha na spacerze – najbezczelniej w obliczu udręczonych polskich matek szczęśliwa i w słońcu, pieluchy w siacie niesie z kałfchofa, tryska humorem, faluje biustem, rozkminia w jaki sposób zainwestuje w Stenię zaoszczedzone w ten sposób walory. Nagle telefon – to producent pieluchomajtasów! Właśnie przed chwilą widział ją na pierwszej stronie superekspresu i mu się skojarzyło. A to ci przygoda! Bogatemu i byk się ocieli! Nieważne, co było pierwsze – krowa czy cielę.

Idźmy dalej – Koronieska z Dąbworem, znowu słońce – Pogoda była przepiękna – galopuje redaktor – Wyglądali jak szczęśliwa, kochająca się rodzina! Przegięcie.

A u nas, prawdaż, na wsi pada sobie deszcz, chlipie, chlapie, chłepce, chlepce, szepce też.
Lecz głównie rżnie biczem szkockim bez dania racji: z moich dwudziestu pięciu zbombardowanych pelargonii zostały smętne, bezkwietne glony, zaraz wypuszczą szarą pleśn i skończy się ogrodniczkowanie.

Zatem raczej syf i zgnilizna, z tym że ja nawet lubię, jak wszystko paruje. Tylko te celebryty stoją solą w oku. Pozostaje mi tylko cicha radość z faktu, że to co dla nas tutaj jest ulewą, to tam, dla Muchy, będzie falą powodziową. Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy.

Wesołego dyngusa, Anno.

 

tato, już lato, będziemy jedli lody

Dodano 11 czerwca 2012, w Bez kategorii, przez autor

Małe dzieci nie dają spać, duże nie dają żyć i chyba mi się uleje.

Nie chciałabym zapeszyć mówiąc brzydkie rzeczy, bo przecież kocham ich nad życie, ale ich NIE MOGĘ. I jeśliby teraz, dla mnie za karę, nagle wszyscy umarli, to bym miała, ten swój święty spokój. Ha! Aż by mi w pięty poszło! NIE WOLNO TAK NIGDY MÓWIĆ, NIE WOLNOOO! Są tacy, którzy oddaliby wszystko. ALE:

Ale zwariuję, oszaleję, nie mogę oddychać, jestem OSACZONA, a właściwie już mnie w ogóle nie ma: jestem miotłą, jestem garem, jestem siatą, wielbłądem, pralką, odkurzaczem, zrzędzącą klępą – wredną i mściwą frustratką i niech mnie ktoś uwolni z tych lian, więzów, szpon, bo oszaleję.

Świata poza nimi nie widzę – nie da się. Zasłaniają. Wrzeszczą. Kwiczą. Otwierają sobie parasole w tyłkach. CIĄGLE CZEGOŚ ODE MNIE CHCĄ. Jeszcze nie doszłam do tej fazy, w której do dziatek ryczy się WYPIERDALAĆ!!!, ale jestem niebezpiecznie blisko. Związać, zakneblować, zamknąć w tapczanie, swędzą mnie dłonie – będę się witać na pieniądze.

Nie wiem, gdzie leży przyczyna.

Nie są to dzieci złe ani niegrzeczne, przynajmniej w porównaniu – znam kilka takich sztuk, które na miejscu rodziców zderzyłabym płowymi główkami i oddała się w ręce policji. Ci moi chłopcy są spoko – nie sypią starszym paniom piasku do majtek, nie polewają wodą z węża i ogólnie są łagodnego usposobienia, ale jakoś tak na mnie działają… jak w dowcipie o mężu, co to patrzy na śpiącą małżonkę i myśli, że fajna-fajna, tylko żeby choć trochę obca była.

Myślę, że ze wszystkich dostępnych ról rodzicielskich najbardziej nadawałabym się na weekendowego ojca.

Koniecznie ojca.

 

living on the highway

Dodano 1 czerwca 2012, w Bez kategorii, przez autor

Się jeździ.

Na tylnych szybach poniemieckich pojazdów z lat osiemdziesiątych pojawiła się ostatnio taka oto propozycja:

POKAŻ CYCKI
DAM CI CIASTKO

To ja się pytam, dlaczego ciastko?
Czy od ciastek się nie tyje przypadkiem?
W życiu bym nie pokazała ani jednego cycka za deserowe z cukrem.
Czy nie lepiej byłoby napisać:

POKAŻ CYCKI
POKAŻĘ CI PYTĘ

Albo w ogóle na zachętę kupić sobie lepszy wóz?

Również napis UWAGA! DZIECKO W SAMOCHODZIE wydaje mi się sporym nadużyciem. Po co straszyć współużytkowników drogi swoim dzieciątkiem?
Skoro ono takie groźne, to może lepiej okleić przewozem materiałów niebezpiecznych. Bardziej widoczne i mniej liter. A im mniej liter, tym łatwiej przeczytać, nie?

Choć z drugiej strony może dzięki takiej naklejce pewien palant, który ostatnio zapragnął zabić siebie i kolegę mną i Buniozylem, byłby się zastanowił.
Może zatopiłby się mozolnie w lekturze treści: uw-a-ga-dzi-e-ck-o w sa-m-o-chodz-ie i z miłości do dzieci zrezygnował manewru, który, gdyby nie foczy system skompikownych wspomagaczy natychmistowego stawania w miejscu, kosztowałby go dwa urwane puste łby toczące się po asfalcie z okien byłego opla w kolorze gówna.

Bo my jechali z Buniozylem na południe pięknie-ładnie, czteropasmówką, prawym pasem, może szybko, ale znowu bez przesady.

I nagle: japierdole! Jadący energicznie pasem lewym wyżej wymieniony padlinowóz skręcił wtem gwałtownie tuż przed nami w prawo. Sru, z lewego pasa, bo stacja tam teraz i on chciał. Nie wiem: co? Piwo mu się skończyło?

Jakaż by nie była czysta jego intencja, to fakt pozostaje faktem, że ten kawał (tu brak mi słowa) zajechał nam drogę w sposób nagły i bez dania racji.
Jak depłam po hamplach to Buniozylowi wypadły z rąk krakersiki małe zoo i wysypawszy się z paczki drogą pod fotelem znalazły się u mych stóp. I pedałów. Lewki. Małpki. Słoniki. Klaaaksooon.

Mówią, że powinnam dogonić i zadzwonić na policję.
Ale ja najpierw musiałam pooddychać do torebki, a jak skończyłam, to już chciałam do domu, a to jeszcze było trzysta kilometrów.

Nosz kurwa, wszystkiego bym się spodziewała, wiadomo ograniczone zaufanie, sratytaty, ale TAK SIĘ NIE ROBI!!! NIGDY!
Chyba, że się jest rażoną impulsem elektrycznym stułbią. Stułbia za takie coś nie może.

Proponuję badać przyszłych kierowców na obecność mózgu. Palpacyjnie – tanio i pewnie: PUK! PUK!
To by wstępnie rozstrzygało wiele podań.

 

dwudziesta trzecia…

Dodano 1 czerwca 2012, w Bez kategorii, przez autor

…maj jak Kukuczka zleciał.

Umknął mojej uwadze. Niedobrze. Prawie pół roku minęło niepostrzeżenie, a ja ciągle nie znalazłam odpowiedzi na dręczące mnie od zawsze pytanie: co na obiad?

Kiedyś mnie maje obchodziły. Oraz kwietnie, lipce, sierpnie.
Występowały. Wyodrębnione.
Obecnie rok to plastelinowa kula ulepiona z wszechkolorów. W efekcie szara. I znowu jest listopad, zima przesypuje się ziarnko po ziarnku, powoli chociaż prędko. Ot, teoria względności. Znowu sylwester, dzieciobójstwo w Trzech Króli, Aramaj ma kolejne urodziny – piętnaste, dwudzieste, czterdzieste, siedemdziesiąte. Wszystko mnie wkurwia. Jest nie-tak. Każdy stoi okoniem. Życie piętrzy trudności. Śni mi się pepesza.

Nie umiem być tu i teraz. Nie mam na to czasu. Być. Jestem nieobecna – nieusprawiedliwona. Ciągle jestem strasznie zajęta: obcinam smocze głowy. Bez chwili wytchnienia.

Niemniej staram się afirmować wszystkie odcienie kieratu: ACH! JAKA PIĘKNA KATASTROFA!

Gdzie jest trawa, dmuchawce, gdzie ślimaki? Boże, jak ja dawno ślimaka nie widziałam!
I kurzu. Kurzu jak migoce w smudze światła padającego z okna przy akompaniamencie dzwoniącej w uszach ciszy.
I much jak wytańcowują pentagramy wokół wiszącej u sufitu lampy.

Będąc dzieckiem pędziłam niesłychanie nudne życie wśród łopianów (wówczas nie wynaleziono jeszcze boreliozy i jedyne co mógł kleszcz, to zapalić człowiekowi mózg).
I nic nie musiałam.
NIC.
Za to wszystko mogłam. Obecnie jest dokładnie odwrotnie. Co to się porobiło?

Zwracam się z uprzejmą prośbą do czasu, aby w miarę możności tak nie zapierdalał, gdyż gubię rytm. I siebie. Z poważaniem.

 

co gorsza nie myszki, lecz szynki i sadło

Dodano 27 maja 2012, w Bez kategorii, przez autor

Z okazji Dnia Matki poczułam jednak wielką ulgę.
Nadeszła z wiekuiście niedoczytanych WO Extra, a konkretnie ze wspomnień Marka Raczkowskiego o tym, jak go wychowano.

To oto wynurzenie wlało w moją duszę potworną otuchę:

(…) Nie, tata nigdy mnie nie uderzył. Tylko mama. Chodziła za mną i tłukła pasem. Lub jakimś sznurem. Na przykład po nogach. Potwornie przy tym krzycząc. To nie były jakieś wychowawcze wrzaski, tylko wyzwiska, obelgi straszliwe. Typu: skąd się taki debil w naszej rodzinie wziął? (…)

To mi daje nadzieję, że Aramajowi zaszkodzą moje naloty werbalne tylko na tyle, na ile zaszkodziły  Raczkowskiemu.
A jemu zaszkodziły bardzo fajnie, nie?

My w ogóle z Aramajem to mamy konflikt serologiczny – ciągle nam iskrzy. Aramaj najpierw depcze mi po piętach i mnie dręczy, a potem ucieka przed moim rozpędzonym kołem zamachowym, którego już nawet ja sama nie potrafię zatrzymać, musi się wyhuśtać. Są ofiary, nie powiem, ale mam wrażenie, że im to sprawia masochistyczną przyjemność, to moje uwłaczanie słowem żwawszem- nareszcie jest się szarganym i opluwanym, ale NIC i NIKT nie jest w tej chwili ważniejszy, to on jest w centrum uwagi. Czy może w epicentrum. Komu wojna, komu krowa dojna. Wiadomo.

Poza tym moja krucha stabilizacja kulinarna legła w gruzach, odkad mój Stary został członkiem zespołu Metabolica. Gra tam na wieśle.
Dotychczas było tak: kura-ryba-ryba-kura, przy czym Aramaj ryba nie, Buniozyl kura nie, a Stary wszystko tak.
Obecnie jest inaczej: kura-ryba-ryba-kura, przy czym Aramaj ryba nie, Buniozyl kura nie, a Stary wszystko nie i w dodatku bez soli.
No dobra, ryba tak, ale w folii i bez soli i w ogóle ma depresję – podżera ukradkiem czekoladowe paluszki, pyszne i orzeźwiajace z płynnym nadzieniem, bo cukru też nie, piwa nie, wina nie, a wódki nie lubi. Oraz tłuszczu nie.
Usiłowałam się solidaryzować, ale odkąd przeszliśmy na dietę ścisłą, zaczynam podżerać ukradkiem czekoladowe paluszki, pyszne i orzeźwiajace z płynnym nadzieniem, czego bym do ust w życiu nie wzięła, gdyby nie okoliczności.

Tak wiec wytarzawszy łososia w czosnku i ozdobiwszy dla porządku plasterkiem cytryny umieram z głodu na myśl o obiedzie.
Marzę schabowym z kapustą zasmażaną i ziemniarach gniecionych z kostką masła.

Co to jest?!

 

w tych pięknych okolicznościach przyrody

Dodano 6 maja 2012, w Bez kategorii, przez autor

Ach, jak bardzo się wzruszyłam! Nareszcie mam cudze dziecko!

Zostałam ciocią ! (Swoją drogą, nie brzmi to najlepiej, ale łykam, cel uświęca środki).

Medam e mesje, w poniedziałek, taktownie, tak, aby nie spóźnić się na maj, na świat zawitał Krepelek!
I, co tu kryć – jest
okropnie piękny, pulchniutki i pachnący. Taki w sam raz by go ukraść,
nacieszyć oko,
wymiętosić i powąchać, a potem, jak się znudzi, oddać mateczce i iść do
domu. Ten typ macierzyństwa, nawijmy je „pożyczonym” bardzo do mnie
przemawia i zamierzam go uprawiać, kiedy tylko będzie to możliwe.

No i właśnie z tej okazji chciałam matce jakąś budującą notkę na nową
drogę życia, a dziecku bilet na dobrą wróżbę, ale długi weekend trwa już
od tak dawna, że nie jestem w stanie złapać dystansu niezbędnego dla
docenienia błogostanu macierzyństwa, który robi mi się dopiero w pracy, a
najlepiej jak wszyscy wyjadą na rok na Islandię, co się jeszcze nie
zdażyło, ale co podobno nastanie, kiedy będę stara i chora i nie będzie
mi miał kto podać szklanki herbaty, co ja mówię, wody z węża, podać na
łożu boleści.

Nie wiem, może się kiedyś upiję i wyjdzie ze mnie moje prawdziwe „ja” –
piękne, wrażliwe i czułe. Pękną blokady emocjonalne wyrażające się w
powracających snach i zrobi mi się hir aj em, bo na razie ilekroć chcę
na poważnie, to mi zawsze skręci w tę utartą koleinę samobiczowania i
mówienia o sobie per „ta nieudaczna kretynka” co mi sprawia jakąś
masochistyczną przyjemność i przegania wszystkie trolle, za którymi, nie
ukrywam, strasznie tęsknię, by mi mówiły z wyżyn swojej wszechwiedzy, że
owa „nieudaczna kretynka” to najlżejszy z epitetów, które do mnie
pasują.

Wracając jednak do meritum, urodził mi się Krepelek i wszystko fajnie,
ale oczywiście nie obyło się bez depresji poporodowej. Złapałam ją i
mówię do męża:

- MĘŻU, JAKA JA JESTEM STARA! MOJE ŻYCIE SIĘ SKOŃCZYŁO! JUŻ NIGDY (bynajmniej w zamierzeniu) NIE BĘDĘ MIAŁA MAŁEGO DZIECKA!!!

A nieoceniony mąż na to:

- ALEŻ KOCHANIE, NIE ZAŁAMUJ RĄK! WSZYSTKO PRZED TOBĄ – MOŻESZ PRZECIEŻ JESZCZE ZOSTAĆ BABCIĄ!

 
 

really too hot?

Dodano 30 kwietnia 2012, w Bez kategorii, przez autor

 

  • RSS